sobota, 6 stycznia 2018

22. People Like Us

(And it feels like we're unique
But you know it's playing)

All around the world
All around the world
People like you and me falling in love


Słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Przez odstępy między drewnianymi listwami rolet przedostawały się poziome pasy światła, tworzące na szarej wykładzinie jasną siatkę, w której grzały się moje łydki. Opierałam się plecami o ścianę, przeplatałam palce między wiszącym nad nadgarstkiem rzemykiem i naprawdę starałam się nadążać za wykładem Johannes, ale trwał on już dobre dwadzieścia minut. Dodawszy do tego wcześniejsze pięć godzin ćwiczeń i prób, otrzymaliśmy grupkę wymęczonych nastolatków zajmujących się wieloma rzeczami, z których żadna nie zapewniała pełnego skupienia. Dla mnie koncentracja była o tyle trudniejsza, że w głowie kołatało mi się wiele myśli – zapętlały się, jedna goniła drugą, a wszystkie autentycznie mnie męczyły. Cały dzisiejszy dzień był męczący i nie chodziło tylko o to, że nie widziałam się z Jeromem ani nie miałam pomysłu na to spotkanie – bo czy mieliśmy być czymś innym po ostatnim wieczorze? Czy chciałam, żebyśmy byli? Przed ćwiczeniami postanowiłam nie dopuszczać do siebie tych pytań, bo łatwo było utonąć w ich sieci, ciągnącej człowieka gdzieś na dno, w odmęty zagubienia oraz rozdrażnienia. Mogłam przyznać się do braku rozsądku, ale decyzję wolałam zostawić na później, najpewniej do momentu konfrontacji z szatynem. Działanie pod przymusem czasu często wydobywa z ludzi szczerość, której myśli nie były w stanie znaleźć, i na to liczyłam.
Podły humor towarzyszył jednak nie tylko mi. Jack i Annabeth przy śniadaniu oraz obiedzie jedynie posyłali sobie kontrolne spojrzenia, a Irwin nawet nie wykrzesał z siebie sił na ironiczne komentarze. Nasza gra co prawda zachowała niezbędne pozory dla postronnych osób, ale była tylko suchą grą i przeraziło mnie, jaką różnicę w tym dostrzegałam. Wyssanie energii życiowej z Ashtona Irwina sprawiło, że mój dzień stał się jeszcze bardziej szary, a chmury w głowie gęstsze.
Może dlatego wieczorem nogi wyniosły mnie na spacer, oddalając całe ciało od obcej atmosfery panującej w domku; od zadanego przeze mnie pytania „wszystko w porządku” i beznamiętnego spojrzenia rzuconego w odpowiedzi.
I tak, byłam tym wszystkim poirytowana w równym stopniu co nieobecnością Jerome'a. Nie miałam nawet ochoty dzwonić do Lory ani Emily, a rozmowa z Katlyn wciąż nie wchodziła w grę. Emocje przelałam więc w miarowe kroki, a delikatnemu wiatrowi pozwoliłam porwać kilka myśli. Wróciłam do środka dopiero, gdy palce zdrętwiały mi z zimna.

~.♦ .~.♦ .~

Z prawdziwym niezadowoleniem wpatrywałam się w tosta leżącego na moim talerzu, dopóki nagle nie zniknął mi z oczu. Bezwiednie otworzyłam usta i podniosłam wzrok do góry. Jack z uśmiechem wgryzał się w przypieczony chleb, a na moje spojrzenie odpowiedział zawadiacko uniesioną brwią.
– Ej!
– Chyba nie miałaś na niego ochoty, co? – zapytał, przełknąwszy jedzenie.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, wtrąciła się Annabeth:
– I jak smakuje tościk naładowany nienawiścią?
– Wyśmienity, dziękuję. – Kiwnął głową.
– Udław się nim – burknęłam.
– Ams, gapiłaś się na niego przez dobre pięć minut. Niewiele brakowało, a spłonąłby pod tym spojrzeniem!
– Dziesięć – poprawił chłopaka Irwin. – Raczej dziesięć minut.
Przekręciłam się w stronę blondyna. Niewzruszony nabierał łyżkę płatków. Wydawał się skupiony jedynie na tej czynności; orzechowe tęczówki utkwił w białej misce, pod opaloną skórą przesuwało się jabłko Adama. Kto by pomyślał, że olewając mnie od ponad dwudziestu czterech godzin, przywiązuje taką wagę do mojego posiłku?
– Udławcie się wszyscy – oznajmiłam ostro, podnosząc się na nogi. – Ja wychodzę.
Chwyciłam w dłonie talerz wraz z kubkiem niewypitego kakao i natychmiast ruszyłam z miejsca. Gdzieś za sobą usłyszałam przeciągłe westchnienie.
– Idę przypilnować, by nikogo nie zabiła.
Tuż po głosie dobiegły do mnie także kroki Irwina. Nie zdążyłam nawet minąć sąsiedniego stolika, kiedy poczułam jego ramię tuż przy swoim. Zacisnęłam wargi i przyspieszyłam, naprawdę nie mając ochoty bawić się teraz z nieprzyjaznym cieniem. Moja cierpliwość dzisiejszego dnia znajdowała się na kiepskim poziomie i brakowało tylko zapalnika, by rozdrażnienie przerodziło się we wściekłość.
– Zgarniemy po drodze rogalika, co ty na to? – zaproponował Ashton neutralnym tonem.
– Rób, co chcesz, ja nie mam ochoty.
Chłopak chyba nie wiedział, że powinien zgubić się w labiryncie stolików i dać mi spokój.
– Wolisz z marmoladą czy czekoladą? – Kontynuował konwersację, jakby mnie nie usłyszał.
Obróciłam się w jego stronę, zaciskając dłonie. Nie chciałam kłócić się na środku stołówki, ale mój oddech już był przyspieszony, a złość pulsowała w żyłach, pobudzając ciało do działania. Każda komórka wrzeszczała pytania w stronę blondyna, kiedy on wyglądał na tak rozluźnionego, jakby nic się nie działo; jakby słońce nie wypalało wątpliwości na mojej skórze, a powietrze nie budowało między nami dystansu; jakby Jerome Morrison mnie nie pocałował i nie postanowił zniknąć; jakby wszystko było w porządku.
– Zdecyduj się, Irwin – warknęłam.
– To ma być twój rogalik – zaoponował.
– Boże. – Ciężko odetchnęłam. – Chodzi o ciebie, idioto.
Zrobił krok w moją stronę i tym razem tu był – patrzył wprost na mnie, jego uwaga skumulowała się tak, że niemal mogłam ją poczuć na skórze. Przebiegł spojrzeniem po moich włosach, twarzy i znowu włosach; w końcu utkwił wzrok w moich oczach.
– W którym dokładnie miejscu chodzi o mnie? – zapytał.
Mówił cicho, ale słowa zadudniły w moich uszach. Przez moment poczułam się wytrącona z równowagi. Szybko jednak chwyciłam się gniewu kotłującego się między żebrami.
– Zdecyduj się – powtórzyłam powoli. – Nie zachowuj się, jakby ci zależało po tym, kiedy miałeś mnie gdzieś. – Słowa nabrały mocy, Irwin jeszcze bardziej się zbliżył, a szum w mojej głowie wzmógł. Chodziło o gniew, złość, rozdrażnienie; o wszystko i o nic, bo uwaga Ashtona była niczym i musiałam przestać się zachowywać tak, jakby nagle stała się wszystkim. Była niczym, a on był irytujący.
– Hood – parsknął.
Nienawidziłam tego dźwięku i kpiny w nim zawartej. Rozejrzałam się wokół – okna oślepiały odbijanym światłem, natomiast drzwi znajdowały się daleko.
– Pomyślałaś, że ktoś też może mieć gorszy dzień?
Wróciłam do niego wzrokiem, a on od razu złapał moje spojrzenie. Zazdrościłam mu opanowania. Ja moje traciłam szybko, kiedy blondyn wciąż potrafił znaleźć proste słowa, które natychmiast rozbrajały moją złość. Przygryzłam wargę i odetchnęłam. Argumenty uciekły mi z głowy, a zastąpiło je zażenowanie. Dlaczego w ogóle prowadziłam tę rozmowę? Zachowanie Irwina, stopień jego zaangażowania w grę nie powinny mnie obchodzić... ale jego niezdecydowanie było denerwujące i miałam prawo być zdezorientowana.
– Raczej dwa dni – zauważyłam, decydując się zakończyć naszą dyskusję w sposób bezkrwawy.
Na ustach blondyna zagościł półuśmiech. Zrobiłam krok w stronę już nie tak odległej lady i oddaliłam się tym samym od świecących w jego oczach iskier satysfakcji.
– Nie zdążyłem nawet umyć zębów, więc dzień się nie zaczął – stwierdził, uzupełniając dystans między nami i oplatając wolną rękę wokół mojej talii.
Pokręciłam głową, ale w myślach przyznałam mu rację. Dziś wciąż pełne było nieodkrytych wrażeń, słów oraz gestów. Pomiędzy mijającymi godzinami chowało się wiele uśmiechów, drżeń dłoni, ale także pracy i innych nieprzyjemnych obowiązków – jak na przykład rozmowa z Sarą, osobą, od której mogłam wyciągnąć informacje, jeśli tylko były one dopuszczone do obiegu. A puste krzesło obok doktora Marshalla skandowało wiadomość mówiącą, że o czymś nie wiem, bo co prawda personel medyczny nie wszystkie posiłki jadał z nami, ale gdy się pojawiał, robił to w całości.

~.♦ .~.♦ .~

Zaczęło się od palców na moim policzku, odgarniających jasne włosy do tyłu. Prowadziło przez melodię graną na zakończeniach nerwów pomiędzy łopatkami. I kiedy siedziałam uwięziona między kolanami Irwina, mogłam się domyślić. Wszystko znów stało się zbyt naturalne, chłód między nami został wypędzony przez słońce i złoty piasek, a gra popychała do zachowań, które nie powinny mieć miejsca. W jednej chwili Ashton rozprowadzał krem do opalania na moich plecach, a w drugiej przyciągnął mnie za ramiona do siebie, kiedy śmiałam się z czegoś, co powiedział. Oparłam głowę o jego obojczyk i pozwoliłam dźwiękowi wybrzmieć do końca.
– Krem się jeszcze nie wchłonął – zaoponowałam z sekundowym opóźnieniem.
Uniosłam twarz w górę, by posłać mu rozbawione spojrzenie. Nie miałam pojęcia, że znajdował się tak blisko; jego broda otarła się o moją skroń. Był tuż obok, mogłam podziwiać splątane rzęsy, policzyć złote piegi wypalone przez słońce, poczuć ciepło wydychanego oddechu, który opuszczał jego wargi. Zatrzymałam na nim wzrok, mimowolnie czując, jak moje serce przyspiesza bicie. Gdyby nie uwaga, z jaką obserwowałam usta Irwina, pomyślałabym, że mi odpowiedział, czego ja, złapana w pułapkę bezruchu, nie usłyszałam. Ale tak nie było, więc on również tylko na mnie patrzył. Wystarczyłoby...
– Uwaga! – Krzyk uderzył w nas razem z piłką do siatkówki.
Momentalnie odwróciłam spojrzenie od twarzy Ashtona i roztarłam miejsce poniżej kolana, od którego odbił się biało-żółty przedmiot. Podeszła do nas Sara, na co podwójnie odetchnęłam z ulgą – dostałam oczywistą wymówkę, żeby oddalić się od Irwina, a także okazję, by porozmawiać z dziewczyną o Jeromie.
– Trzymaj. – Podałam jej piłkę, zdecydowanie przesuwając się na swoją część koca. – Właściwie, nie szukacie może jeszcze jednego gracza?
Szatynka rzuciła mi lekko zdziwione spojrzenie – świat dawno nie widział Amelii Hood z własnej woli oddającej się pod okrutny ostrzał gier zespołowych – ale wzruszyła ramionami.
– Czemu nie – odparła.
Podniosłam się na nogi, po czym zwróciłam się do Irwina:
– Pewnie będę mieć dość po pięciu minutach.
Chłopak kiwnął głową. Mrużył oczy przed słońcem, a ciało oparł na wyprostowanych rękach, ale poza tym nie zmienił zbytnio swojej pozycji. Przygryzłam wargi, odwróciłam się i dołączyłam do czekającej na mnie dziewczyny. W myślach odliczyłam do trzech i postanowiłam od razu przejść do rzeczy, tak, aby załatwić sprawę, zanim dojdziemy do grupy osób skupionych przy siatce.
– Ostatnio nigdzie nie widać pomocnika doktora Marshalla – napomknęłam.
Postawa Sary natychmiastowo się zmieniła, najprawdopodobniej na skutek zaciekawienia i zrozumienia, czemu nagle zainteresowałam się siatkówką plażową.
– Wy dwoje dość dobrze się znacie – oznajmiła, przekopując piasek pomiędzy stopami.
Nie podobało mi się jej obchodzenie tematu, ale skoro nic nie mogłam na to poradzić, postanowiłam zastosować tę samą strategię.
– Spotkaliśmy się jeszcze przed obozem.
Taktyka podawania nieistotnych konkretów zadziałała – dziewczyna przez chwilę wwiercała mi spojrzeniem dziurę w głowie, ale zobaczywszy, że nie jestem skłonna do zwierzeń, odpuściła.
– Słyszałam, że musiał na trochę wyjechać. Sprawy rodzinne – wyjaśniła. – Szkoda, że akurat teraz mu to wypadło.
– Szkoda?
– No tak. Ominie go dzisiejsza impreza, a niektórzy liczyli, że się pojawi i trochę bardziej z nimi zintegruje. Osobiście wątpię, żeby miał taki zamiar, ale cóż, nadzieja umiera ostatnia. Ja w każdym razie nie mam jej na tyle dużo, żeby myśleć, że wróci przed wieczorem.
Nie liczyłam na taką ilość informacji, więc postanowiłam skupić się na razie na jednym, istotnym szczególe.
– A skąd wiecie, że w ogóle wróci?
– O to się nie martw. – Sara założyła włosy za ucho. – Nie może zrezygnować z obozu na cały tydzień, bo nie zaliczą mu wtedy praktyk. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że jeszcze zobaczysz się z twoim doktorkiem, kochana.
– Wielkie dzięki. – Szturchnęłam ją delikatnie w bok. Do boiska brakowało nam jeszcze kilka kroków, więc postanowiłam skorzystać z okazji i zapytałam:– Więc ta wielka impreza jest dziś?
– Dziewczyno, w jakim świecie żyjesz? Jack trąbi o tym od rana.
Przekroczyłyśmy wyznaczoną taśmą linię. Szatynka posłała mi ostatnie pełne reprymendy spojrzenie i energicznie podrzuciła piłkę. Podziwiając jej zakrzywiony lot, pomyślałam, że moje dwudniowe wyłączenie z życia było poważniejsze niż myślałam. Jeśli wymarzona impreza Jacka miała dojść do skutku, chłopak na pewno rozprawiał o tym więcej niż te szczątki monologu, które zapamiętałam. Nadal nie wiedziałam, jak planowali zorganizować to pod nosem Johannes, ale zdecydowanie ta noc miała być wielka.
A ja zamierzałam być tego częścią.


~.♦ .~.♦ .~


Następny rozdział jest już w całości gotowy, więc dodam go za tydzień/dwa i powiem tylko, że jest (prawdopodobnie) warty wyczekiwania.
Spędźcie dobrze ten rok xx