sobota, 26 listopada 2016

14. Seven Nation Army


And I'm talking to myself at night
Because I can't forget
And the message coming from my eyes
Says leave it alone


– Hood. – Caroline przejechała po mnie obojętnym spojrzeniem, a następnie przerzuciła wzrok na talerze. – Czemu zawdzięczam wątpliwą przyjemność widzenia twojej twarzy z samego rana?
Widziałam, że stara się zachować otoczkę spokoju, ale w jej oczach widniał błysk chorej satysfakcji. Nie dość, że rozpoczęła dzień w swoim ulubionym, ciemiężycielskim stylu, zmuszając ludzi do nadskakiwania jej w każdy możliwy, najlepiej poniżający sposób, to jednocześnie udało jej się mnie zdenerwować i najprawdopodobniej doprowadzić do wybuchu przy wszystkich, uwzględniając Johannes. Zapewne uważała, że poranek nie mógł być piękniejszy.
– Myślisz, że kim ty jesteś? – warknęłam.
– Dość ciekawe pytanie. Na pewno kimś lepszym od ciebie... – Wyciągnęła jeden palec w górę i zapewne kontynuowałaby to idiotyczne odliczanie, gdybym pozwoliła jej mówić dalej.
– Masz jakiś gigantyczny problem z samą sobą! Potrzebujesz udowadniać wyższość w każdej pieprzonej sekundzie? Ze mną – wskazałam na siebie – starasz się wygrać od kilku lat i w porządku, niech tak będzie, ale to, co teraz robisz, jest cholernie poza każdą granicą.
Patrzyłam wściekła na to, jak Knight robi swoją minę aniołka, wypychając usta do przodu jak bezrozumny glonojad.
– Ale o co ci chodzi? Ja tylko poprosiłam swoją przyjaciółkę o drobną pomoc.
Położyłam dłonie płasko na stole i pochyliłam się do przodu.
– Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie ci do głowy taki pomysł, to ja pomogę ci pozbyć się tych krzywych jedynek. – Mój głos był niespodziewanie niski. – Znajdź w sobie ocalałe pokłady godności i zauważ, że te wszystkie postacie wokół to też ludzie. I nie waż się ich wykorzystywać.
Caroline w końcu odwróciła wzrok, ale, jak się okazało, tylko po to, by fałszywie uśmiechnąć się do trzymającej się mojego podkoszulka Katlyn – nie wiedziałam nawet, co jej mocno zaciśnięta dłoń robi na białym materiale. Wyglądało to tak, jakby próbowała mnie powstrzymać od rzucenia się na Knight, czego przecież nie miałam w planach. Moje ciało samo niebezpiecznie pochyliło się przez blat, co teraz spróbowałam zniwelować.
– Nikogo nie wykorzystałam. Katie nie miała nic przeciwko, prawda?
Nagle nasze spojrzenia skumulowały się na osobie drobnej blondynki, która zachowywała się tak, jakby miała zapaść się w sobie. Widziałam jej zaszklone, rozbiegane oczy.
– Ja-a... – Tylko tyle zdołała z siebie wydusić, zanim oderwała rękę od mojego ciała i użyła jej do powstrzymania wydobywającego się z ust szlochu.
To zadziałało na mnie jak dodatkowy bodziec. Cała ta sytuacja była popaprana, ale to jak wpływała na Katlyn... Ona od zawsze była wrażliwą osobą. Moim słabym punktem. Odkąd w drugiej klasie podstawówki obroniłam jej drugiego śniadania, tak teraz za każdym razem, gdy coś się działo, pojawiałam się obok, włączając program rozwścieczonej lwicy. Widocznie to zachowanie zdążyło się głęboko we mnie zakorzenić i nawet obecnie, kiedy nasze relacje nie przypominały w ogóle tych sprzed kilku lat, widok jej krzywdy zapalał we mnie jakiś ukryty ogień. A fakt, że jednocześnie niesamowicie irytowała mnie nieporadność blondynki i jej bierność wobec wykorzystywania, jedynie potęgował to uczucie.
Właśnie szykowałam się do wygarnięcia Caroline jej beznadziejności w sposób mniej lub bardziej siłowy. Sama nie wiem, co zamierzałam zrobić – zacząć wrzeszczeć czy może faktycznie się na nią rzucić – w każdym razie, zostało to uniemożliwione przez nagły uścisk wokół mojej klatki piersiowej. Żeby sytuacja nie wyglądała zbyt nudno, równocześnie poczułam dłoń zatykającą moje usta, wskutek czego żadne przekleństwo wystosowane przeze mnie na zewnątrz nie ujrzało światła dziennego. Szarpnęłam się, ale chwyt był naprawdę mocny i osiągnęłam zerowy efekt, co wyraźnie kłóciło się z wściekłością buzującą w moich żyłach, mięśniach i komórkach nerwowych. Jedynym sposobem uwolnienia się, który moje ciało jeszcze znało – a miało ono niebywałe doświadczenie w takich sprawach z racji posiadania starszego brata – pozostało pozbycie się odcinającej dostęp powietrza ręki, więc instynktownie ją ugryzłam. Bez mrugnięcia okiem czy sekundy rozmyślań. Dopiero gdy to nie zadziałało i zostałam zmuszona do przeanalizowania mojej pozycji, w głowie pojawiło mi się zasadnicze pytanie – kim tak właściwie był osobnik za mną?
– Hood, weź uspokajający oddech i powiedz, kiedy będę mógł cię puścić. Stanowczo nalegam, by nastąpiło to w przeciągu nadchodzących czterech sekund, bo inaczej sytuacja zacznie wyglądać dziwnie. – Przez mój ciężki oddech przebił się charyzmatyczny głos. Zrozumiałam, że był jedynie szeptem wypowiedzianym wprost do mojego ucha, dopiero gdy zabrzmiał w pełnej okazałości: – Caroline, tak? Mogłabyś z łaski swojej nigdy więcej nie zachowywać się jak rozwydrzona księżnnaiczka? Nie po to masz ręce i nogi, żebym musiał sprzątać zrobiony przez ciebie bajzel.
Poczułam, jak uścisk wokół mnie delikatnie się rozluźnia i szybko kiwnęłam głową. Dłoń zakrywająca moje usta natychmiastowo zniknęła – a raczej przeniosła się niżej, na nadgarstek. Uniosłam twarz odrobinę w lewo, by zobaczyć mocno zaciśnięte wargi Irwina. Nim wykonał zwrot w tył i wyprowadził mnie ze stołówki, wychwyciłam kilka spojrzeń skierowanych w naszą stronę. Nie było ich jednak katastrofalnie wiele. Wiedziałam, że zawdzięczam to jedynie Ashtonowi, który interweniował, zanim zdążyłam naprawdę podnieść głos. Patrząc na tył jego głowy otoczony podskakującymi przy zdecydowanych krokach miodowymi włosami, zastanawiałam się, jak, do cholery, mam to interpretować.

~.♦ .~.♦ .~

Słońce tradycyjnie wysyłało swe przesycone światłem strzały prosto w moje brązowe oczy, podczas gdy stałam pod nieumiejętnie wybieloną ścianą, przed którą przyprowadził mnie Irwin. Mogłam stąd zobaczyć pomost, na którym jeszcze nie tak dawno siedziałam z Jerome'm. Śmieszne, że wtedy dzień zapowiadał się tak spokojnie. Nic nie zwiastowało tej chwili, w której musiałam skonfrontować się z Irwinem, kiedy poprzednie zdenerwowanie jeszcze nie zdążyło wyparować z mojego organizmu. Zresztą, co ja tu z nim robiłam?
Skupiłam spojrzenie na chłopaku, który puścił mój nadgarstek i uniósł własną rękę do góry.
– Ugryzłaś mnie – powiedział zaskoczony, mrużąc oczy i przyglądając się swojej dłoni.
Odwróciłam wzrok, szukając ratunku w chmurach nad nami. Dobra, faktycznie go ugryzłam i teraz nadszedł czas, by zacząć żałować impulsywnego postępowania, ale hej, on też nie powinien zachodzić kogoś od tyłu i zasłaniać mu usta rękami. To także nie mieści się w kodeksie dobrego zachowania!
– Dlaczego wtrącasz się w nie swoje sprawy?
Chłopak popatrzył na mnie i zamrugał, jakbym powiedziała coś bardzo nie na miejscu. Rozprostowałam palce, po czym zacisnęłam je w pięści.
– Nie wiedziałem, że lubisz takie ostre zabawy, Hood. – Zignorował zadane pytanie i zrobił krok w moją stronę.
Odruchowo się cofnęłam, co było bardzo głupie, bo teraz za plecami miałam jedynie ścianę, która w dodatku wydawała się całkiem skłonna do wybrudzenia wszystkiego, jeśli tylko się jej dotknie. Dopiero kiedy blondyn oparł swoją rękę tuż nad moją głową i się pochylił, uświadomiłam sobie, jakie to wszystko absurdalne. Ashton Irwin na początku wyciąga mnie z tarapatów w iście bohaterskim stylu, nie pominąwszy poświęcenia własnego ciała, a teraz...
Schyliłam się i przemknęłam obok chłopaka.
– Przestań się w to bawić, Irwin – fuknęłam.
Popatrzył na mnie z błyskiem w oku, a następnie powrócił do oględzin swojej dłoni. Chyba wciąż próbował wyglądać na skrzywdzonego, ale czający się w kąciku ust uśmiech świadczył o tym, że dobrze się bawi.
Jak zwykle w moim towarzystwie, ha.
– Twoje podziękowania są bardzo specyficzne, kotku – oznajmił z nutą rozbawienia, a ja przewróciłam oczami. – Co prawda wcale nie robiłem tego dla ciebie, ale i tak jakakolwiek wdzięczność byłaby mile widziana. Weź odpowiedzialność za swoje występki. Pocałuj, o tutaj. – Pomachał mi przed twarzą dłonią.
– Irwin...
– Boli.
Rozdrażniona złapałam nadgarstek chłopaka. Ledwo zamknęłam palce na ciepłej skórze, a ta od razu przestała irytująco się poruszać, co było zapewne efektem zaskoczenia, bo moje siła przy tej Ashtona prezentowała się bez wątpienia mizernie. Blondyn chyba pomyślał, że naprawdę mam zamiar przystać na jego durne prośby.
Z bliska mogłam zobaczyć, że wewnętrzna część dłoni Irwina w rzeczywistości nie odniosła żadnych widocznych obrażeń. Nie było widać nawet zaczerwienienia, a jedyną skazę stanowiła poszarpana, biała linia rozchodząca się od nasady kciuka w górę – na pewno nie moje dzieło. Uspokoiwszy sumienie, szybko chuchnęłam na rzekome miejsce zranienia i od razu zrobiłam krok do tyłu. Na wszelki wypadek.
– Zadowolony?
Chłopak patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Wyglądał na bardziej zszokowanego, niż powinien być. Tymczasem we mnie wciąż utrzymywało się wcześniejsze zdenerwowanie, tylko podsycane przez zachowanie Irwina. Choć, patrząc na to inaczej, dostarczył mi samego siebie jako nowy obiekt wściekłości, dzięki czemu przynajmniej w pewnym stopniu zapomniałam o czekającej w stołówce Knight.
Ashton zamrugał i wrócił do świadomości.
– Wiesz, wydaje mi się, że to była druga ręka.
– Och, pieprz się.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę budynku. Chłopak dogonił mnie po kilku krokach i od razu splótł nasze palce razem. Szarpnięciem wyrwałam swoją dłoń z uścisku, czego już po kilku sekundach zaczęłam żałować. Cholerna impulsywność.
Od wymyślania, jak wrócić do zachowania typowego dla naszego idealnego związku bez poniżania samej siebie, uratował mnie wychodzący ze stołówki Andy.
– Pomyślałem, że to idealna pogoda na śniadanie na świeżym powietrzu.
Z wdzięcznością odebrałam od niego talerz z moją jajecznicą.
– Jesteś wielki – zapewniłam.
Irwin spojrzał na chłopaka twarzą bez wyrazu, a następnie ten sam wzrok przerzucił na przygotowane przez siebie kanapki.
– Tak, co my byśmy bez ciebie zrobili – powiedział z cichą ironią.
Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym zrównałam się z Andym i ruszyłam zająć miejsce w cieniu.

~. .~. .~

Rzuciłam torbę na koc pode mną i rozglądnęłam się wokół, kolejny raz upewniając, że jestem wystarczająco daleko od wszelkich nieprzyjaznych twarzy. No, nie licząc tej tuż obok mnie, ale do faktu, że nie mogę pozbyć się Irwina, zdążyłam się już przyzwyczaić. Johannes też nie znajdowała się w najbliższym sąsiedztwie, więc mogłam mieć nadzieję, że będzie to w miarę spokojne popołudnie, w przeciwieństwie do burzliwego poranka. Co prawda zdarzenie na stołówce nie pociągnęło za sobą żadnych nieprzyjemnych konsekwencji – nie licząc tego, że przez kilka godzin ćwiczeń mogłam skupić się tylko na chęci rozdrapania twarzy Knight – ale potrzebowałam kilku chwil wyciszenia. Dochodziła już siedemnasta i słońce co jakiś czas chowało się za chmurami, a dzięki nadchodzącemu przypływowi szum fal rozbrzmiewał na plaży głośniej niż zazwyczaj. Zadowolona opadłam na błękitny materiał i zamknęłam oczy. Szmer głosów reszty grupy dochodził do mnie jakby z oddali i przez kilka sekund rozkoszowałam się tym otaczającym mnie klimatem leniwych, normalnych wakacji.
– Czekasz na pomoc w rozbieraniu się, kotku?
– Nie, dziękuję – odparłam, nie otwierając oczu i licząc na to, że ignorowanie Irwina pomoże mi w zatrzymaniu tej spokojnej atmosfery przy sobie.
– Wszyscy idą się kąpać.
– Szerokiej drogi. – Uchyliłam jedną powiekę i uniosłam rękę w parodii salutu.
Chłopak jeszcze przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, po czym wzruszył ramionami i odszedł w kierunku morza.
Uśmiechnęłam się i wróciłam do boskiego nic-nie-robienia. W tej chwili wszystko w końcu było względnie w porządku. Mogłam cieszyć się spokojem tyle, ile chciałam – co w tym przypadku okazało się być piętnastoma minutami. Po tym czasie sama podniosłam się do siadu. Oparłszy głowę na kolanach, zaczęłam obserwować otoczenie. Ludzie pojawiali się i znikali; brzegiem spacerowało tylko kilka osób spoza obozu. Zapewne zmierzały one do pobliskiego baru, który słynął z najlepszych gofrów w tej części wybrzeża. Pomyśleć, że minęło już kilka dni obozu, a ja jeszcze nie zdążyłam ich posmakować.
Od ciepłych, oblanych słodką frużeliną słodyczy moją uwagę odwrócił ruch przy brzegu. Irwin stał w wodzie na takiej głębokości, że spienione fale uderzały o jego biodra. Cały ociekał wodą, ale zdawało się, że wcale nie jest mu z tego powodu zimno – na jego twarzy gościł szeroki uśmiech. Był zadowolony, że udało mu się przyciągnąć moją uwagę. Patrzył na mnie z zawadiackim błyskiem w oku, a ja odwdzięczyłam się podobnym spojrzeniem... i po chwili odkryłam, że czegoś w nim brakuje. Spoglądaliśmy na siebie bez wzajemnej niechęci i o ile w jego przypadku nie było to niczym dziwnym, bo przez cały obóz zachowywał się inaczej niż podczas roku szkolnego, to dość niespodziewanie było odkryć, że ja sama gdzieś po drodze wyzbyłam się odruchowej chęci rozwalenia mu twarzy od samego patrzenia na nią. Zaskoczona chciałam odwrócić wzrok, ale wtedy Irwin energicznie pomachał ręką, nakłaniając mnie do podejścia.
Kategorycznie pokręciłam głową. Wiem, że przed sekundą doszłam do niepokojących wniosków, ale aż tak jeszcze nie zwariowałam. Nie miałam zamiaru nawet zbliżać się do wody, kiedy w obecnym położeniu, przy wieczornej temperaturze, na mojej skórze zaczynała pojawiać się gęsia skórka.
Blondyn zrobił zawiedzioną minę, po czym uformował z dłoni pistolet tak, jak robią to dzieci podczas zabaw, i przyłożył go do skroni. „Pociągnął za spust" i bez cienia zawahania opadł plecami w ciemną powierzchnię morza za sobą. Woda wokół gwałtownie uniosła się. W górę wzbiły się miliony kropel, które niesione energią odrzutu poleciały na znaczną odległość, wywołując krzyki oburzenia.
Roześmiawszy się, przyznałam w myślach, że może myliłam się co do Irwina.
W rzeczywistości nie był aż tak złym aktorem.


~. .~. .~


Tym razem poszło mi nawet dobrze, nie uważacie? :))
xoxo


sobota, 29 października 2016

13. Wake Me Up


Feeling my way through the darkness
Guided by a beating heart
I can't tell where the journey will end
But I know where to start


Po kilkudziesięciu minutach przewracania się z boku na bok nie wytrzymałam i podniosłam się do siadu. Przeczesałam włosy palcami, jednocześnie wyglądając za okno. Dopiero teraz zauważyłam, że promienie słoneczne zdążyły wychylić się zza horyzontu, więc na zewnątrz panował przyjemny półmrok. Szare światło odbijało się od ostrych konturów sąsiedniego domku i łagodnie oplatało gałęzie drzew uginające się pod ciężarem licznych szyszek. W mojej głowie pojawił się obraz jeziora osnutego poranną mgłą i pomyślałam, że przyjemnie byłoby spędzić chwilę na zewnątrz, kiedy słońce nie zdążyło jeszcze skalać otoczenia nieprzyjemnym skwarem. Upewniając samą siebie, że już nie zasnę, wstałam z łóżka i sięgnęłam po leżąca obok bluzę. Piąta rano na zegarku mówiła mi, że szanse na spotkanie kogokolwiek są tak niewielkie, bym mogła zostać w pidżamie i nie przejmować się nieuczesanymi włosami, na których poduszka odcisnęła swe haniebne piętno. Chwyciłam telefon, po czym na palcach wyszłam na zewnątrz. Odetchnęłam zimnym powietrzem, które zalało moje płuca i wypłoszyło z organizmu resztki snu. Wokół było tak spokojnie, jakby czas się zatrzymał. Jezioro leniwie drgało i tylko to utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie utknęłam w jakiejś odciętej od praw rzeczywistości bańce. Czułam, jakbym była tam kompletnie sama, choć zdawałam sobie sprawę, że wokół spokojnie śpi, oddycha i marzy ponad pięćdziesiąt osób. Jednak póki co nawet obsługa nie wychyliła nosa ze swoich pokoi.
Zasunęłam bluzę – wbrew pozorom było chłodno – i podreptałam w kierunku jednego z pomostów, które wcinały się w owal jeziora. Ciemnobrązowe drewno wydawało się bezpieczne, więc bez oporów zajęłam miejsca na samym jego końcu tak, by opuszczone na dół stopy móc zanurzyć w wodzie, jeśli przyjdzie mi taka ochota. Miałam jedynie nadzieję, że żadna śmiała, lubiąca ludzkie palce rybka nie postanowiła zrobić sobie z zalewu domu.
Przez kilka minut po prostu wpatrywałam się w powoli różowiejący horyzont. Byłam dziwnie wolna od jakikolwiek myśli i obaw. Potem uświadomiłam sobie, że tej wolności zostało mi nieco ponad dwie godziny. Po tym czasie będę musiała wrócić do udawania. Miał to być dopiero drugi dzień, a ja już chętnie bym się z tego wypisała. Nigdy nie spodziewałam się, że będę tak negatywnie nastawiona do grania czegokolwiek. Wszystko związane z Irwinem było jednak zwyczajnie uciążliwe i nieprzyjemnie. Chociaż, będąc szczera, po wczorajszym dniu oczekiwałam czegoś gorszego. A tymczasem, mimo momentów, w których w myślach szykowałam dla blondyna stos, nie wydawało się, żeby w mojej psychice pozostał jakiś stały uraz. Wychodziło na to, że może, mooże przeżyję jakoś te nadchodzące tygodnie. Bo skoro już postanowiłam wziąć we wszystkim udział, to teraz musiałam postarać się wypaść jak najlepiej. Niech moje cierpienie nie pójdzie na marne.
W pewnym momencie otoczenie się ożywiło. Słońce przybrało żółty kolor, ptaki zaczęły śpiewać poranne serenady z pełnym zaangażowaniem, a pod stołówkę podjechała ciężarówka, z której pracownik zaczął wynosić pudła będące najpewniej moim śniadaniem. Mimo tego ruchu, usłyszawszy kroki tuż za sobą, i tak podskoczyłam w miejscu.
– Ciekawe, że wciąż spotykamy się o nieludzkich godzinach.
Odwróciłam tułów, by zobaczyć wysoką sylwetkę naszego pielęgniarza. Westchnęłam w duchu – no bo naprawdę, lepszych pór nie mogliśmy sobie wybrać – po czym przywołałam na twarz uśmiech.
– Faktycznie ciekawe.
Okej. Ma ktoś namiary na dilera broni palnej? Jeśli zamierzałam prowadzić tę rozmowę w ten sposób, lepszą opcją było chyba strzelenie sobie w łeb. Co miałam jednak poradzić na to, że nic innego nie przyszło mi do głowy?
– Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek śpisz.
Chłopak podszedł kilka kroków w moim kierunku tak, że stał teraz w połowie pomostu. Cały czas się uśmiechał, a ja nadal nie wiedziałam, czy mam to odbierać jako objaw życzliwości, czy raczej lekkiej kpiny w stosunku do mojej osoby. Jego sposób mówienia był naprawdę mylący.
– To samo mogłabym powiedzieć o tobie. – Uniosłam brew. – Ale zapewniam, że akurat ze snem nie mam problemów... przynajmniej zazwyczaj.
– Uff, to dobrze. – Teatralnie złapał się za pierś. – Już myślałem, że będziesz moim pierwszym medycznym przypadkiem na tym obozie.
Na mojej twarzy tym razem zagościł szczery grymas. Przez ostatnią dobę zdążyłam zapomnieć, jak sympatyczny był chłopak. Dlatego teraz, w ramach zadośćuczynienia za kiepski początek rozmowy, przesunęłam się odrobinę w bok, robiąc wystarczająco miejsca dla drugiej osoby.
– Siadasz? – Poklepałam dłonią ciemne drewno.
Jerome skinął głową i po chwili przykucnął tuż obok mnie. Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć mu się z bliska w dziennym świetle. Jego oczy miały kolor podobny do barwy jeziora – ciemniejszy odcień niebieskiego, który oświetlony promieniami słońca wpadał w błękit. Szatynowe włosy, uniesione u nasady, trzymały się z dala od wysokiego czoła i idealnie prostej linii nosa. Rysy twarzy chłopaka, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi i szerokimi ustami, były niebywale regularne. Przez chwilę nic nie mówiliśmy; ja mu się przyglądałam, a on utkwił wzrok w lekko falującej tafli jeziora. Następnie pochylił się i zanurzył rękę w wodzie.
– Zimna – stwierdził.
Kilka sekund obserwowałam smukłe palce niespiesznie przecinające powierzchnię jeziora. Mimo wcześniejszych słów Jerome'a zdecydowałam, że z powodzeniem mógłby zostać chirurgiem. Jego dłonie wydawały się stworzone do wykonywania najbardziej precyzyjnych zabiegów.
Nieznacznie kiwnęłam głową na stwierdzenie chłopaka – moje stopy zakosztowały już lodowatych objęć wody pod nimi i nie miałam najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia. Wolałam natomiast rozpocząć rozmowę na ciekawszy temat.
– Więc gdzie się chowałeś przez ostatni dzień?
Chłopak podniósł głowę i otrzepał rękę. Kilka przezroczystych kropelek wylądowało na moich łydkach.
– Póki co wasz obóz stwarza idealne warunki do odpoczynku. Przestałem mieć jakiekolwiek wątpliwości co do przyjazdu tutaj – oznajmił zadowolonym tonem.
– A miałeś takie?
– Wątpliwości? – zawiesił głos. – Może to za dużo powiedziane. Po prostu nie było tego w planach – wytłumaczył, ale widząc moje zainteresowane spojrzenie kontynuował: – Powinienem być teraz ze znajomymi gdzieś w Kolorado. Mojemu ojcu jednak nie podobał się ten pomysł i postanowił załatwić mi pobyt tutaj. Wszyscy musimy odbyć obowiązkowe praktyki. Naprawdę dużo godzin obowiązkowych praktyk. Większość studentów pewnie dałaby się pokroić za kilka tygodni spędzonych nad morzem zamiast w miejskiej klinice, bo wcale nie tak łatwo to załatwić. – Pokręcił głową. – Ojciec uruchomił swoje kontakty i postawił mnie przed faktem dokonanym. Niespecjalnie miałem jak odmówić, a poza tym to naprawdę nie jest zła oferta.
Potrzebowałam kilku sekund, by przetrawić te nowości. Z na pozór krótkiej wypowiedzi mogłam wyciągnąć naprawdę sporo informacji. Jerome zdawał się pochodzić z porządnej, kandydującej na okładki magazynów rodziny, co w sumie do niego pasowało. Roztaczał wokół siebie aurę dobrze wychowanego chłopca. Jeśli miałabym przydzielić mu jakąkolwiek rolę w którymś z przedstawień, z pewnością wybrałabym postać kulturalnego księcia, który walczy ze smokami i ratuje damy z opresji.
Jego słowa sprawiły także, że zaczęłam się zastanawiać, ile student tak właściwie ma lat. Musiał być sporo starszy ode mnie, skoro odbywał już praktyki lekarskie. Zanim jednak zdążyłam zboczyć na ten temat, chłopak odezwał się.
– A ciebie co tutaj sprowadza? Słyszałem, że jesteście obozem teatralnym i trochę mnie to zaciekawiło.
Przytaknęłam i nie mogłam powstrzymać cisnącego mi się na usta uśmiechu.
– W rzeczy samej. Choć nie do końca jest to zwykły obóz teatralny. Tak naprawdę przyjechało tu tylko ścisłe grono wybrańców z naszego liceum, którzy należą do grupy teatralnej – oznajmiłam.
– Czyli zajmujecie się aktorstwem dość profesjonalnie?
Chłopak chyba nie wiedział, że tym pytaniem ściąga na siebie wykład o dziewięcioletniej Amy pierwszy raz występującej na deskach miejskiego teatru oraz gorącej pasji żywionej w mniejszym lub większym stopniu przez członków naszego zgromadzenia. Taka była prawda – jeśli ktoś się tutaj znalazł, to z teatrem łączyło go coś więcej niż przelotne zauroczenie.
– No i jest jeszcze Irwin – dodałam w ramach uściślenia.
– Twój współlokator?
Z dużo mniejszym przejęciem przytaknęłam.
– Zastanawiałem się, co was łączy.
Przerzuciłam na szatyna zaskoczone spojrzenie.
– Proszę?
– Gdy ostatnio spotkaliśmy się pod waszym domkiem, ta myśl pojawiła mi się w głowie. Sądzisz, że o czym to może świadczyć? – zapytał nieskrępowanym tonem, posyłając mi zagadkowy uśmiech.
Upewniwszy się, że rumieniec nie ma zamiaru zaatakować moich policzków, a ja w pełni panuję nad mimiką twarzy, odważyłam się okrężnie odpowiedzieć na pytanie Jerome'a.
– Od kilku tygodni łączy nas tylko niechęć i horrendalne zbiegi okoliczności.
Chłopak zmarszczył brwi.
– Czyli... – zaczął, by na chwilę zaniemówić. Szybko jednak wrócił do pytania, choć miałam wrażenie, że początkowo miało ono brzmieć zupełnie inaczej. – Irwin nie gustuje w aktorstwie?
– Nie. Nie sądzę, by miał jakiekolwiek hobby – wygłosiłam, także marszcząc czoło.
W oddali pojawiło się coraz więcej osób. Białe fartuchy migotały przed stołówką, przypominając mojemu żołądkowi, że jeszcze nie jadł dzisiaj śniadania. Z ruchu można było wywnioskować, że właśnie zbliża się jego pora. Byłam zdziwiona, że siedzę na pomoście tyle czasu. I że na rozmowie z Jeromem spędziłam sporą część poranka.
– Po tobie za to od razu widać, że kochasz teatr. – Chłopak przeciągnął się i wstał na nogi. – Uroczo się uśmiechasz, gdy tylko o nim mówisz.
Zmieszana także podniosłam się do góry, a włosy zapewniły mi krótką osłonę przed niechcianą reakcją na słowa chłopaka. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić, gdy nasza rozmowa zaczęła niebezpiecznie przechylać się w stronę flirtu. Nie chodziło nawet o to, że nie radziłam sobie w takich sytuacjach – choć odpowiadanie na komplementy nigdy nie było moją mocna stroną – ale o to, że nie spodziewałam się tego ze strony Jerome'a. Nie mogłam powiedzieć, że nie byłam nim zainteresowana. Po prostu nigdy nie rozważałam tego w takich kategoriach. Po pierwsze, nie liczyłam na częsty kontakt z nim. Dodatkowo, co również się z tym wiązało, zdawało mi się, że wiele, wiele rzeczy nas różni. To z kolei znów popychało mój umysł do interesującej kwestii – ile lat miał tak właściwie student?
– Chyba musimy się zbierać – oznajmił.
Wdzięczna za zmianę tematu przytaknęłam. Po tym, jak chłopak zapewnił mnie, że w razie ochoty mogę złożyć mu wizytę, nie będąc w stanie agonalnym ani nawet nie cierpiąc na ból głowy, szybko się pożegnaliśmy. Jako że Jerome mieszkał w jednym z domków znajdujących się po drugiej stronie jeziora, każdy udał się w swoją stronę. Nie zdążyłam w pełni przemyśleć wydarzeń dzisiejszego poranka, a już znalazłam się przed drzwiami naszej siedemnastki. Szczerze powiedziawszy, pierwszy raz znajdując się tuż obok domku nie myślałam o Irwinie. Co oczywiście okazało się błędem, bo jego widok powitał mnie tuż po wejściu do środka i był co najmniej... zaskakujący.
Blondyn kucał koło mojego pokoju. Jego prawy policzek był przyciśnięty do drzwi – tak, moich drzwi – w sposób, który najbardziej kojarzył mi się z żabą przejechaną przez tirowca. Włosy miał mokre, a skapująca z nich woda tworzyła na białym podkoszulku jeszcze bielsze plamy. Na twarzy gościł mu wyraz bezbrzeżnego skupienia, którego nie widziałam tam nigdy wcześniej.
Normalną reakcją na ten komiczny widok byłoby wybuchnięcie śmiechem, ale zamiast tego stanęłam jak wryta.
– Co ty robisz?
Następstwem moich słów stało się natychmiastowe odskoczenie Irwina od drzwi. Trudno podnieść się z kucek z gracją i chłopakowi też się to nie udało. Zanim stanął na nogi, rozległo się donośne „pac", a Ashton siedział na tyłku z miną szczeniaka, któremu ktoś nadepnął na ogon. Choć sytuacja była co najmniej dziwna, nie mogłam powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Mogłabym przysiąc, że kiedy chłopak pozbył się własnej dezorientacji, na jego twarzy zagościł podobny grymas. Sekundę później stał już jednak w pełni opanowany i patrzył na mnie z góry. Mimo upływającego czasu z jego ust nie wydobyła się żadna riposta, więc postanowiłam utrzymać moją chwilową przewagę, nie mogąc odpuścić okazji do lekkiego podrwienia z Irwina.
– Czy to był kolejny etap twojego genialnego planu? Coś jak „upchnijmy klucz w miejscu niedostępnym dla innych wersja dwa zero"?
Brwi chłopaka poszły w górę, a on sam zbliżył się o krok... i nagle mogłam już poczuć obejmujące mnie ramiona, które ciasno przycisnęły mnie do klatki piersiowej blondyna.
– Twoje teksty robią się coraz słabsze, kotku. Może potrzebujesz lekcji? W pakiecie mogę załatwić także te z innego zakresu.
Natychmiastowo wyplątałam się spomiędzy otaczającego mnie ciepłego i mokrego ciała. Wbrew oczekiwaniom udało mi się to bez żadnych problemów i mogłam z oburzeniem otrzepać własne ręce, co rzecz jasna niewiele dało. Na tym niespodziewanym uścisku najbardziej ucierpiał mój podkoszulek oraz lewa strona twarzy, w którą jeszcze przed chwilą łaskotały mnie mokre włosy Irwina.
– Co ci do cholery odbija? – warknęłam, nie kryjąc zgorszenia i złości.
– Ale o co chodzi? Ja tylko przytulam moją dziewczynę.
Daję słowo, takiej ochoty, żeby zetrzeć ten przewrotny uśmiech z jego twarzy jeszcze nigdy nie czułam. Wiem, że kiedyś mogłam mówić to samo, ale właśnie w tym momencie czara wzburzenia się przelewała.
– Czy widzisz tu gdzieś kogoś, przed kim musielibyśmy grać? Nie? Wspaniale, bo ja też, więc cieszmy się ostatnimi chwilami z dala od siebie – wygłosiłam, ruszając w stronę pokoju. Potrzebowałam się przebrać, a także zwiększyć moją przestrzeń osobistą co najmniej do kilku metrów kwadratowych.
– Ostatnie chwile wolności minęły dziesięć minut temu. I to nie moja wina, że mamy opóźnienie.
Przewróciłam oczami, powstrzymując się od komentarza. W dziwny sposób mnie samej zaczynało to przypominać kłótnię małżeństwa, a tego wolałam uniknąć.
– Zapamiętaj: bez widowni nie ma show. – Rzuciłam jeszcze przez ramię, zanim zniknęłam za drzwiami. Odprowadziło mnie rozbawione „Doprawdy?".

~..~..~

Dotarcie na stołówkę okazało się czasem potrzebnym do przyzwyczajenia na nowo do dotyku Irwina na moim ciele. Póki dotyczyło to tylko naszych splecionych dłoni, było całkiem znośne, ale jako że faktycznie mieliśmy małe opóźnienie, po wejściu do oszklonego pomieszczenia wiele spojrzeń zwróciło się prosto na nas. Cóż, mogło też chodzić o fakt, że, jak sama zauważyłam, wzbudzaliśmy małą sensację nawet wśród przyzwyczajonych do dziwacznych sytuacji aktorów, co zapewne było zasługą tego, że nigdy wcześniej nie ukrywałam mojego negatywnego nastawienia do Ashtona, a potem planu Johannes. Teraz natomiast wszyscy mogli obserwować, jak z uśmiechem wtulam się w jego ramię, daję obejmować w talii i szeptać czułe słówka o tym, jak niesamowicie musimy razem wyglądać, skoro przyciągamy spojrzenia wszystkich wokół. Jednym słowem – bleh. Byłam z siebie jednak dumna, gdyż przychodziło mi to o wiele łatwiej niż poprzedniego dnia. I zapewne zastanawiałabym się, dlaczego Ashtonowi wszystko idzie z taką samą łatwością, ale cóż... To był właśnie Irwin, a podrywanie dziewczyn i sypanie dwuznacznymi tekstami stanowiło jego specjalność. W dodatku mimo tego, że z zewnątrz wyglądaliśmy na idealną parę, w rzeczywistości wyglądało to tak, że on świetnie bawił się, doprowadzając mnie na skraj wytrzymałości, a ja musiałam utrzymać na twarzy uśmiech. Uroczo, czyż nie?
Zmierzaliśmy już do stolika, kiedy zatrzymałam się na środku sali. Irwin spojrzał na mnie zirytowany, ale mój wzrok utkwiony był w innej osobie.
– Chcę ci tylko przypomnieć, że wszyscy na nas patrzą, więc po prostu posłuchaj mnie i zanieś nasze śniadania na miejsce – wyrecytowałam, bezceremonialnie pakując mu do wolnej ręki swój talerz. Nie miałam czasu nad tym pomyśleć, ale chcąc zachować pozory, w roztargnieniu stanęłam na palcach i postarawszy się, by wyglądało to na subtelny pocałunek w policzek, zbliżyłam usta do twarzy chłopaka, po czym, nie oglądając się już za siebie, ruszyłam do przodu.
Byłam tak skupiona na swoim celu, że nawet jeśli chłopak zaprotestował, nie dotarło to do mnie. Im dłużej patrzyłam na Katlyn, która właśnie usiłowała podnieść trzy talerze, nie zrzucając ich zawartości na podłogę ani swój kanarkowy podkoszulek, tym bardziej się denerwowałam. Dziwnym trafem domyślałam się, że blondynka wcale nie ma zamiaru sama wchłonąć tych porcji żywności, zwłaszcza, że już teraz niemalże uginała się pod ich ciężarem. Wniosek płynął z tego jeden i to on podnosił mi ciśnienie. Gdy dziewczyna poddała się i pozwoliła, by kromka z dżemem oparła się o jej t-shirt, poczułam tę sławną pulsującą u nasady szyi żyłkę. Momentalnie znalazłam się przy niej i chwyciłam dwa talerze w dłonie.
– Czy to jest to, o czym myślę? – syknęłam.
– Amy. – Zaskoczona blondynka szeroko otworzyła oczy tak, że błękit jej tęczówek niemalże zniknął. – Co ty...
– Co ja? Ja zaraz urządzę scenę Caroline, ale wiedz, że na ciebie też jestem wściekła.
Obróciłam się na pięcie i chociaż Katlyn stała w miejscu, wciąż niepewna, co robić, ja podeszłam do miejsca, przy którym miała siedzieć. Stając przed Knight, poczułam, że blondynka przybiega w ślad za mną. Wzdrygnęła się, kiedy talerze z hukiem uderzyły o plastikową nawierzchnię. Pieczołowicie przygotowane kanapki podskoczyły w górę; z większości zsunęły się plasterki ogórka i razem z pomidorami utworzyły na talerzu kolorową mozaikę.
– Czy tobie do końca odbiło?

~..~..~


Dzień dobry, ktoś tęsknił?
Wiem, że zrobiłam sobie nieprzyzwoicie długie wakacje, i naprawdę za to przepraszam. Powodów do tego istniało zapewne kilka. Sporo się w moim życiu zmieniło – i mam wrażenie, że zmieni jeszcze więcej. Szkoła bardziej niż zwykle nie daje żyć– druga klasa liceum nie rozpieszcza. No i mam kota, który najchętniej 90% życia spędziłby na moich kolanach, a ja nie umiem opierać się jego urokowi.
Nie mogę Wam obiecać, że się poprawię, bo nie wiem, jak to będzie, ale czuję, że ta przerwa trochę mi pomogła. Zdążyłam zatęsknić za tą historią i czuję ochotę, by ją tworzyć, czego wcześniej mi brakowało. Próbuję więc od nowa nauczyć się pisać, a Wy możecie trzymać kciuki!
I JESZCZE JEDNO. JEŚLI KTOŚ TU JEST, TO FAJNIE BYŁO BY ZOSTAWIĆ PO SOBIE CHOCIAŻ PRZYSŁOWIOWĄ KROPKĘ, ŻEBYM WIEDZIAŁA, ILE OSÓB PRZETRWAŁO TĘ PRZERWĘ.
Dziękuję i kocham,
Dee


poniedziałek, 13 czerwca 2016

12. Shot At The Night


Once in a lifetime, the suffering of fools
To find our way home, to break in these palms


Stałam nad plasterkami sera, z niezdecydowaniem wodząc pomiędzy nimi widelcem. Mój talerz był już niemal cały zapełniony, a to znaczyło, że muszę wybrać stolik, przy którym usiądę. Niby niepozorna decyzja, a jednak wpływała na wiele spraw. Zwyczajne śniadanie w tym wypadku nie było zwyczajnym śniadaniem, które mogłabym zjeść w otoczeniu przyjaznych twarzy przy naszym wspólnym stole. Nasz wspólny stół już nie istniał. Zgodnie z zaleceniami Johannes, zaczęliśmy Wielką Grę.
Z chwilą, gdy tylko weszłam do sali, mogłam wyczuć, że coś jest nie tak. W powietrzu co prawda słychać było szmer rozmów, ale towarzyszyło im też pewne napięcie – napięcie, które dobrze znałam z teatralnej sceny. Wszyscy tutaj w mniejszym lub większym stopniu grali swoje role. Jeden rzut oka wystarczył, by dostrzec kolejny przejaw zmian – nietypowe ustawienie przy stolikach. Gdy zobaczyłam Caroline siedzącą obok Katlyn, coś we mnie zawrzało. Chciałam podejść do dziewczyny i odciągnąć ją od Kate, która zmierzała się z zadaniem prawdopodobnie równie trudnym co moje. W głowie zaświtała mi jednak rozsądna myśl, głosząca, że tylko pogorszyłabym sprawę. Póki dziewczyna wydawała się dobrze znosić towarzystwo blond wywłoki, musiałam pozwolić jej zajmować się swoim zadaniem. W końcu, mimo iż ja sama jeszcze nie zdecydowałam, czy podejmuję się pokręconej gry Johannes, inni starali się dobrze zająć sprawą od samego początku.
Do uspokojenia nakłonił mnie również widok stolika stojącego nie tak daleko od Katlyn, a przesuniętego jedynie trochę bardziej w stronę okna. Zajmował go, jak nietrudno się domyślić, Ashton Irwin w całej swojej wspaniałej osobie. Śmiał się właśnie z dowcipu siedzącego naprzeciw – kolejna niespodzianka – Jacka i chyba dlatego udało mi się wejść niepostrzeżenie, bez żadnego pojedynku na wzrok i pytającego spojrzenia. Ja zdążyłam jednak zauważyć wolne miejsce obok blondyna i poczułam nieprzyjemny ucisk w brzuchu, gdy pomyślałam, że czeka ono na mnie. W końcu Irwin jasno wczoraj oznajmił, że może podjąć się tej głupiej gry, skoro zmusza go do tego sytuacja. Ja jednak wcale nie byłam tego taka pewna i skończyłam, głowiąc się nad tym w towarzystwie ogórków.
Naprawdę, nie odkładajcie ważnych decyzji na ostatnią chwilę.
Podniosłam twarz do góry i odetchnęłam.
Bardzo dobrze, że to zrobiłam, bo sekundę później ramiona oplatające mnie w talii odebrały mi zdolność wzięcia oddechu. Ciepłe ciało przylegało do całych moich pleców, a wokół roznosił się zapach perfum, który dobrze znałam. Nie było w tym nic dziwnego, skoro codziennie musiałam go wdychać. Zapewne sączył się do mojego pokoju nawet w środku nocy.
Szybko pokonałam zaskoczenie.
– Co ty robisz? – wycedziłam przez zęby.
– Ratuję twój uparty tyłek.
Poczułam, że ręce znajdujące się nad moimi biodrami przesuwają się w stronę wymienionej przez chłopaka części ciała, więc momentalnie odwróciłam się do niego przodem. Instynktownie przybrałam też na twarz promienny uśmiech.
To chyba była chwila, w której nieświadomie podjęłam ogromnie wiążącą decyzję.
– A ja sądzę, że po prostu wykorzystujesz sytuację.
Czułam się naprawdę nieswojo, gdy znajdowaliśmy się w tak niewielkiej odległości od siebie. Zapewne nie pomagała mi w tym snująca się gdzieś w podświadomości wizja wczorajszej nocy. Teoretycznie ani wtedy, ani teraz nie działo się nic niezwykłego, ale znacznie odbiegało to od naszych normalnych interakcji. Trwanie w objęciach jakiegokolwiek chłopaka na środku sali pełnej ludzi, którzy ukradkiem was obserwowali, samo w sobie było niecodzienne i krępujące. W dodatku Irwin leniwie się uśmiechał i wlepiał we mnie kolejne spojrzenie z odległości pięciu centymetrów. Nic dziwnego, że czułam się osaczona.
– Cokolwiek pozwoli ci czuć się lepiej, kotku.
Przewróciłam oczami.
– Nie mów tak do mnie.
Wychwalajmy moją samokontrolę – choć rozsądek i instynkt kazał mi natychmiast się odsunąć i obrzucić blondyna wrogim spojrzeniem, nie wyrwałam się z jego uścisku. Co prawda niechętnego wzroku nie mogłam sobie podarować, ale było to niczym wobec zachowania Irwina. Widać było, że nieźle bawi go ta cała sytuacja.
– To była naprawdę piękna i krótka chwila, gdy patrzyłaś na mnie z życzliwością – odparł z kpiną brzmiącą gdzieś w głębi głosu.
Spodziewałam się raczej dalszej sesji docinek, a nie tego, że chłopak odrobinę się odsunie.
– Idziemy zjeść śniadanie? – zapytał. Nadal starał się brzmieć lekko, ale nie ukrywał drugiego dna pytania.
Przez sekundę lustrowałam jego twarz, a następnie pokiwałam głową.
– Jasne.
Ramiona wokół mojej talii zniknęły.
– Bałeś się, że ucieknę? – Uniosłam brew, nie powstrzymując rozbawienia.
Irwin jedynie wzruszył ramionami, a ja odwróciłam się i zgarnęłam talerz ze śniadaniem ze stolika. Nie zdążyłam zrobić nawet kroku, gdy chłopak splótł swoje palce z moimi. Rzuciłam na nie okiem, ale nie zareagowałam w żaden sposób. W pewnym sensie byłam zadowolona, że Irwin to zrobił. Idealnie dopełniało to obrazek naszego szczęśliwego związku, który, czego byłam pewna, już stanowił obiekt obserwacji Johannes.
W milczeniu dotarliśmy do naszego stolika. Przywitałam się z Jackiem i siedzącą obok Annabeth. Nie byłam pewna, jaka relacja miała ich łączyć, ale mierzyłam w kolejny związek. Emily z pewnością się ucieszy.
Dostrzegłam, że tylko na talerzu Irwina znajduje się znacząca ilość jedzenia. Pozostała dwójka już kończyła posiłek, co oznaczało, że za chwilę pozostanę tu sam na sam z Ashtonem. Chcąc jak najbardziej skrócić ten czas, trochę zbyt entuzjastycznie zabrałam się za konsumowanie kanapki. Pomagał mi w tym fakt, że wokół panowała grobowa cisza.
Chyba zaczynałam się tym wszystkim stresować.
Na szczęście Jack postanowił przerwać milczenie.
– Rozmawiałem dziś rano z Ems – oznajmił.
Jedyną reakcją, która wydawała się odpowiednia, było zachęcające kiwnięcie głową. Nie chodziło tu wcale o to, że usta miałam wypchane niezbyt smacznym ogórkiem.
– Powiedziała, że wczoraj nagle zniknęłaś. Coś się stało?
Przełknęłam jedzenie, dopiero teraz przypominając sobie o tym, że miałam porozmawiać z dziewczynami przez skype'a.
Ups.
– Tutejszy internet wkurzył mnie do granic możliwości i po prostu poszłam spać.
Odpowiedziały mi trzy nierozumiejące spojrzenia.
– Nie mamy zasięgu w domku – wyjaśniłam, jednocześnie sięgając po dzbanek z kakaem.
– Ależ mamy. – Usłyszałam głos z mojej prawej.
Przerzuciłam wzrok na Irwina. Patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Nie wydawało się, żeby żartował.
– Nie, nie mamy – powtórzyłam.
Co jak co, ale tego byłam pewna.
– U mnie wszystko jest w porządku – oświadczył i wrócił do ładowania cukru do swojej herbaty.
Bleh. Przynajmniej mogę mieć nadzieję, że ten biały zabójca szybko zdejmie go z tego świata. Może jednak nie będę zmuszona do tej absurdalnej gry...
– Chcesz powiedzieć mi, że pieprzone wifi kończy się akurat na moim pokoju? – jęknęłam.
Życie jest okropnie niesprawiedliwe.

~..~..~

Czas przed obiadem przeznaczyliśmy na ćwiczenia. Były one w głównej mierze zespołowe, więc nie musiałam spędzać tych godzin jako dziewczyna Ashtona, a jedynie jako Amelia Hood. To zdołało poprawić mi humor, a ogłoszone przez Johannes plany na popołudnie wywołały radość każdego. W końcu mieliśmy udać się do sąsiedniego miasteczka. Dziwnym było, że jeszcze go nie odwiedziliśmy... Choć wnioskując z wczorajszego stanu Irwina, niektórzy jednak mieli to już za sobą. Doszłam do wniosku, że jego wizyta w moim pokoju wynikała właśnie głównie z alkoholowego upojenia. Ostatecznie postanowiłam w ogóle nie wracać myślami do tego tematu. I tak obecnie między nami dochodziło do dziwniejszych rzeczy. Bądź co bądź, aktualnie zmierzaliśmy na pierwszą randkę.
Sytuacja nie prezentowała się jednak tak dramatycznie, jak można by się spodziewać. Pozostaliśmy bowiem w naszym stołówkowym towarzystwie, a Beth okazała się dobrą kompanką do rozmów. To właśnie na niej skupiała się moja uwaga, podczas gdy Irwin szedł gdzieś obok z Jackiem. W skrócie, łatwo było mi sobie wyobrazić, że wcale go tu nie ma.
Naszym początkowym celem był niewielki rynek. Brukowane uliczki, urocza fontanna i dochodząca z kawiarenek muzyka od razu kupiły moje serce. Po ustaleniu godziny spotkania ludzie rozpierzchli się na wszystkie strony, w czym od razu dostrzegłam szansę. Mój zapał zgasiła Johannes, która jak na złość kręciła się tuż obok nas. Mimo wszystko zdecydowałam się wykorzystać zapewne jedyną możliwość spędzenia czasu wolnego w miasteczku w przyjemny sposób – na później mieliśmy zaplanowany podwieczorek w knajpce, która słynęła z nieziemskich shake'ów. Nie było wątpliwości, że będę musiała być wtedy przykładną dziewczyną.
Okej, więc zaczynajmy.
Podbiegłam do Irwina i zarzuciłam mu ręce na szyje. Zaskoczony lekko się zachwiał, ale w końcu chwycił mnie w talii, przez co znalazłam się jeszcze bliżej.
Wyobrażaj sobie, że jesteś na scenie – powtórzyłam w myślach kilka razy, zanim otworzyłam oczy i przybrałam na twarz wyraz, który według mnie odpowiadał zakochanej dziewczynie. I nie, nie miałam tu na myśli maślanych oczu. Mogłam przecież zachowywać się jak ktoś, komu fenyloetyloamina nie wyżarła jeszcze do końca mózgu.
A Irwin mógłby trochę mi pomóc zamiast wpatrywać się we mnie z tym szyderczym zaciekawieniem w oczach, za które miałam ochotę zdzielić go po twarzy.
– Chyba nie będziesz zbyt tęsknić, jeśli na chwilkę zniknę? – zapytałam, dbając, by żadna z prawdziwych emocji nie znalazła odzwierciedlenia w moim wyglądzie.
– A gdzie chciałabyś zniknąć?
– Wiesz, porozmawiać z Katlyn i Andym.
Zaczęłam bawić się materiałem jego koszulki. Blondyn spojrzał na mnie z rozbawieniem, jakby nie wierząc, że z własnej woli nawiązuję z nim coraz bliższy kontakt fizyczny. Cóż, jak grać, to z pełnym wczuciem w rolę. Robiłam to, co wydawało mi się odpowiednie, nie przejmując się tym, że chłopak najpewniej wykorzysta to później przeciwko mnie.
– Chcesz, żebym był zazdrosny?
Muszę oddać mu punkty. Zabrzmiał jakoś tak... realistycznie.
Choć zapewne miał po prostu doświadczenie w bajerowaniu każdej spotkanej dziewczyny.
Nie przychodziła mi do głowy żadna sensowna odpowiedź, więc jedynie wzruszyłam ramionami z niewinnym uśmiechem.
Szelmowski wyraz twarzy Irwina podpowiedział mi, że nie było to dobrym posunięciem. Nim zdążyłam się obejrzeć, nachylił się w moją stronę, nie pozostawiając pomiędzy nami ani odrobiny wolnej przestrzeni. Jego oddech owiał moje ucho i poczułam, że to za dużo jak na jeden dzień. Mogłam być wspaniałą aktorką, mogłam być nawet pieprzonym Johnym Deppem, ale to wszystko było zbyt przytłaczające. Wyobraźcie sobie kogoś, kogo nie cierpicie z całego serca, a zostajecie zmuszeni do spędzania z nim czasu. To jeszcze nie wszystko – wy musicie być z nim tak blisko, że dostajecie gęsiej skórki... A raczej czujecie małe potworki, które wstrzykują wam dawki skrępowania wprost do komórek nerwowych. Nic przyjemnego, a przy Irwinie wszystko wydawało się w jakiś czarnomagiczny sposób zwielokrotnione.
– Chciałabyś tak szybko ode mnie uciec, Hood? – wyszeptał zadziornie.
Zdusiłam chęć wzdrygnięcia się i wytrzymałam w tej pozycji, dopóki chłopak sam się nie odsunął.
– Nie mogłeś po prostu odegrać swojej roli i dać mi odejść?
Miałam nadzieję, że Ashton zdołał wyłapać z mojej postawy rozdrażnienie, choć przypadkowy obserwator nadal widziałby tylko zakochaną parę.
– Przecież właśnie to robię – odgrywam swoją rolę – zauważył. – A teraz... mam ochotę na loda, kochanie.
Przewróciłam oczami na podtekst zawarty w jego słowach. Był naprawdę zabawny z tym całym swoim zadowoleniem z tak słabego tekstu.
Swoją zemstę zaczęłam planować w momencie, w którym ten idiota zmusił mnie do stania w dziesięciometrowej kolejce do lodziarni w samym słońcu. Moja biedna skóra nie miała na sobie wystarczającej ochrony, bo naprawdę nie spodziewałam się lejącego się z nieba żaru o takiej porze. Cały czas wolny na szczęście minął szybko i wkrótce znaleźliśmy się w bezpiecznym cieniu przed budką z shake'ami. Z westchnieniem ulgi opadłam na krzesło. Upał, zwiedzanie miasta i ciągłe towarzystwo Irwina robiło swoje. Teraz jednak blondyn w końcu mógł się na coś przydać – zgodnie z wszelkimi normami kulturowymi to na nim spoczął obowiązek dostarczenia napoju do naszego stolika.
Chciałam rozeznać się w oferowanych smakach, więc rozejrzałam się wokoło – byłam zbyt zmęczona, by podejść do tablicy – i spotkała mnie niemiła niespodzianka. Na niektórych stolikach stały już kubki pełne kolorowego, gęstego płynu, a ich rozmiar budził podziw – lub, jak w moim przypadku, zgorszenie. Choć prawdopodobnie przyczyną tego były raczej dwie rurki powtykane do każdego z naczyń.
– Może odpuścimy sobie te shaki? – jęknęłam.
– Lepiej porzuć swoje bezsensowne nadzieje i przejdźmy od razu do wyboru smaku – prychnął Irwin. – Zgłaszam banana jako naszego głównego kandydata.
Spojrzałam na chłopaka spod byka. Jakim prawem przywłaszczył sobie mój ulubiony smak?
Ale chwila. Mogłam to przecież obrócić przeciwko niemu.
Jak to mówią, zemsta będzie słodka. Nawet jeśli wykonywana małymi krokami pod postacią shake'ów.
– Weź czekoladowego – zakomenderowałam. Chłopak spojrzał na mnie, jakby chciał to zanegować, więc szybko uniemożliwiłam mu to słodkim uśmiechem i kolejnymi słowami. – Proszę, kochanie.
Irwin zmrużył oczy, ale chyba zrozumiał, że nie powinien się kłócić.
Wspaniały chłopak.
Już po chwili na stoliku został postawiony kubek. Nawet nie czekałam, aż blondyn zajmie swoje miejsce, tylko natychmiastowo wpiłam się w niebieską rurkę. Przyjemność z napoju bogów została zakłócona przez rychłe pojawienie się głowy Irwina tuż obok.
– Zero ogłady towarzyskiej – mruknął kpiąco.
Z pewnym trudem udało mi się zignorować słowa chłopaka i skupić się na rozkoszy płynącej z czekoladowego płynu. Nie była ona kompletna – kiedyś mogłam myśleć, że wspólne posiłki dla par to coś uroczego, ale tego popołudnia moje wyobrażenia rozprysły się niczym kryształki szkła. Po pierwsze, fuj. Gdy udało mi się odgonić myśl, że Ashton może bez przeszkód napluć do szklanki – czego z pewnością nie zrobi, bo nie jesteśmy aż tacy dziecinni – doszło między nami do poważnej bitwy o ostatnie krople shake'a – no dobra, może jednak jesteśmy. To naprawdę nie łatwe; walczyć z użyciem rurek do picia.
Nadszedł wreszcie kres naszej randki i ruszyliśmy w kierunku ośrodka. Szłam, trzymając rękę Irwina, i powoli dochodziłam do wniosku, że cisza między nami robi się niezręczna. Nie chodziło o to, że nagle zapałałam do niego sympatią i chciałam wypytać o ulubiony kolor, plany na przyszłość czy imię ukochanego psa z dzieciństwa. Po prostu jakimś cudem wylądowaliśmy praktycznie na samym końcu szeregu i nie znajdowałam niczego, co mogłoby odwrócić moją uwagę od ciepła palców splecionych z moimi. Wyjęcie telefonu wydawało się mało kulturalnym rozwiązaniem, więc poprzestałam na kontemplacji roztaczających się wokół widoków i próbie wyparcia uczucia skrępowania.
– Naprawdę nie rozumiem, jak bananowy shake może nie być tym ulubionym.
Automatycznie przerzuciłam wzrok z małego teriera, który uparcie obszczekiwał drzewo, na idącego obok blondyna. Czy mi się wydawało, czy Irwin właśnie postanowił zacząć rozmowę?
Tak, wiem, genialne spostrzeżenie.
Znaczyłoby to jednak, że chłopak sam czuje się niezręcznie... albo po prostu zauważył kilka tych ukradkowych spojrzeń, których starałam się mu nie rzucać.
Nie zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć – a chwilę zajęło mi zastanowienie się, jak zareagować – gdy przerwał nam głośny okrzyk dochodzący z przodu.
– Niemożliwe! Jednak macie z sobą coś wspólnego!
Tuż przed nami, nie wiadomo skąd, zjawił się Andy. Czy wspominałam, że podejrzewam go o zdolność teleportacji?
– O co ci chodzi, Hacer? – Ashton zmrużył oczy.
Andy wydawał się być w wyśmienitym humorze i jedynie popatrzył na chłopaka z szerokim uśmiechem, przerzucając ramię przez moją szyję.
Nie to, że nie cieszyłam się z jego pojawienia, bo w końcu od dawna życzyłam sobie kogoś, kto wyzwoli mnie z towarzystwa Irwina, ani to, że właściwie poczułam się osaczona przez wielkoludów, używających mojego barku jako podpórki, tylko... jeszcze nie wiedziałam, czy chcę, by Irwin dowiedział się o mojej rzeczywistej opinii o wszystkim, co zawiera w składzie banany.
Och, Amy, chodzi tylko o shaki, chyba się tym nie przejmujesz.
– No, nie spodziewałem się, że miłość do bananowych shake'ów będzie tym, co was połączy.
– Miłość, mówisz? – Irwin przerzucił na mnie swoje podejrzliwe spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się tak niewinnie, jak tylko umiałam. – To może ktoś wytłumaczy mi, czemu pomimo tej miłości piłem dziś coś zgoła innego?
– Potrzeba różnorodności? – podpowiedziałam. – Wydajesz się z nią dość dobrze obeznany.
– Chwila, co? Chcecie powiedzieć, że Amy po raz pierwszy od... od zawsze wybrała shake'a o innym smaku?
Mimo dobrze widocznego i dość zabawnego zdziwienia, które biło z osoby rudowłosego, Ashton kompletnie go zignorował. Zamiast tego przystanął, automatycznie zmuszając mnie, bym zrobiła to samo. Tuż za mną Andy zatoczył się i wreszcie puścił moje ramię.
– O co ci znowu chodzi, Hood? – zapytał wprost Irwin.
– Jeśli nie rozumiesz, to możesz spytać Mirandy, Kelsey czy... wybacz, ale nie pamiętam imienia twojej ostatniej ukochanej – powiedziałam ironicznie.
Głos w mojej kazał mi się uciszyć. Sytuacja była już wystarczająco skomplikowana bez naszej dwójki znów skaczącej sobie do gardeł w ten sposób. Odkopanie toporu wojennego nie było dobrym wyjściem, ale nie umiałam zareagować inaczej. Byłam zbyt zmęczona, a Irwin patrzył na mnie z góry i ściskał mój nadgarstek w sposób budzący drzemiące we mnie pokłady rozdrażnienia.
– Chodziło mi raczej o tę akcję z shake'ami, ale miło wiedzieć, że tak interesuje cię moje życie osobiste – wyjaśnił z kpiarskim uśmieszkiem.
– Interesuje mnie ono tak bardzo, jak twój ulubiony smak koktajli, lodów czy herbaty. Czyli w ogóle.
Próbowałam ruszyć do przodu, ale blondyn zawrócił mnie szarpnięciem ręki. Spiorunowałam go wzrokiem, w którym pewnie można było dostrzec chęć mordu, bo Andrew, stojący dotąd na uboczu, postanowił interweniować.
– Wiecie, odstajemy trochę od grupy już bez przystanków na wasze małżeńskie kłótnie.
Przerzuciłam mordercze spojrzenie na Andy'ego, a ten uniósł ręce w obronnym geście. Miał jednocześnie tak komiczną minę, że nie mogłam się na niego gniewać.
– Nikt ci nie każe tutaj z nami stać – oznajmił twardo Irwin.
– Och, po prostu już chodźmy – westchnęłam.
Jeden zero dla Amy za dojrzałość.
Z ulgą przyjęłam zgodne kroki całej trójki, kierujące nas coraz bliżej ośrodka i grupki machających ludzi. Chyba faktycznie powodowaliśmy małe opóźnienie. Odwróciłam się w stronę Andy'ego i posłałam mu uśmiech pełen wdzięczności. Dzięki niemu, przynajmniej tymczasowo, sytuacja była pod kontrolą. Może po prostu powinnam trzymać go przy sobie jako naszego osobistego terapeutę?

~..~..~


Przeżywam jakiś okres zniechęcenia do wszystkiego, więc proszę, pamiętajcie, że nawet najmniejszy komentarz może mnie z niego wyciągnąć.
No i, co sądzicie o tym, co się tu dzieje? :D
Kocham,
Dee xx