poniedziałek, 15 maja 2017

18. Be There


You've got me surrounded,
It feels like I'm drowning
and I don't want to come up for air.


Stres to pojęcia każdemu dobrze znane, ale jednak trudne do jednoznacznego określenia. Sama jego definicja nie jest jasna – można mówić o uczuciu, o bodźcu, o stanie, a w psychologii pojawia się nawet określenie „relacja adaptacyjna”. Zdawałoby się, że mnogość sposobów, w jakich każda osoba radzi sobie ze stresem, jest adekwatna do ilości określeń, które można było nadać temu pojęciu.
Dla mnie stres był obecnie delikatnym drżeniem dłoni, przygryzaniem warg i myślami panoszącymi się w głowie bez pozwolenia. Nie miałam się czym denerwować, ale wszystko zaczęło się od proroctw, które nieproszone wdarły się do mojego umysłu. Potem dołączyły do nich analizy i wyrzuty, jakby sama świadomość zbliżającej się oceny nie wystarczała. Od kilku minut kursowałam więc wzdłuż korytarza przed gabinetem Johannes, próbując uciszyć rozdygotane wnętrze. Gdy w końcu stwierdziłam, że nie uda mi się przekonać siebie samej do tego, że starałam się wystarczająco, a myśli o tym, iż rozdanie ról zależy głównie od punktów otrzymanych za ten test, nie znikną, uciekłam się do najbardziej prymitywnej metody – zaczęłam powtarzać wierszyk wyuczony w dzieciństwie przez babcię. Była to moja mantra i nawet jeśli życie wokół się waliło, kryzys zbliżał się nieubłaganymi krokami lub siedzący na krzesłach obok Irwin patrzył na mnie coraz bardziej jak na wariatkę, nie zamierzałam jej porzucać. Uspokajała mnie i pomagała wyprowadzić myśli na uporządkowany tor, a o to właśnie chodziło.
Z recytowania kilku linijek w kółko wyrwało mnie gwałtowne pociągnięcie za nadgarstek. Odbiwszy się od uda Ashtona, wylądowałam na białym krzesełku obok. Wydałam z siebie oburzone prychnięcie.
– To tylko rozmowa z Johannes, wiesz, Hood? To taka kobieta, z którą spędzasz znaczną część swojego czasu od kilku lat. Niecały metr siedemdziesiąt, okulary na nosie i serdeczna aura, choć przyznaję, również pełna respektu. Mówi ci to coś? – powiedział, nonszalancko pochylając się w moją stronę i zakładając ramię na oparcie mebla. Wydawał się rozbawiony.
– Oczywiście, że dla ciebie to tylko rozmowa.
Mój ton był wyniosły i ledwo powstrzymałam się od dodania na końcu „głąbie”. Bo jasne, wyzywałam nieraz Irwina, głównie w swoich myślach, ale teraz wydawało mi się to dziwnie... poufałe. Jakby razem z tym jednym, głupim słowem z moich ust miała wylecieć zmiana odczuć wobec jego osoby, której zaprzeczałam w ostatnich dniach.
Przypomniawszy sobie o tym, wyszarpnęłam dłoń z jego uścisku. Uniósł brwi w górę, ale nic nie powiedział.
Trzymałam uparcie wzrok w beżowej ścianie przed sobą, dopiero po chwili orientując się, że przestałam się już niepokoić wystawianą oceną. Pokręciłam głową, także to biorąc za zły znak. Dlaczego Irwin potrafił nagle nieproszony wprosić się do moich myśli i zająć je w pełni? Zachowując się jak dziecko, posłałam mu nieprzychylne spojrzenie, a gdy ten odpowiedział mi puszczeniem oczka, przypomniałam sobie, że to wszystko wcale nie było takie nagłe i nowe. Jego idiotyczne zachowanie od początku sprawiało, że musiałam martwić się tym, jakie kłopoty na mnie sprowadzi.
Jakiekolwiek dalsze rozmyślania przerwał trzask otwieranych drzwi. Z gabinetu Johannes wyszła Angelica z Davidem. Ich uśmiechy nie pasowały do ról, które mieli odgrywać – z tego, co pamiętałam, im w przydziale przypadła wzajemna nienawiść. Widocznie jednak spotkanie przebiegło zadziwiająco dobrze. Po chwili w progu stanęła także sama kobieta i zachęcającym gestem zaprosiła nas do środka. Podniosłam się z miejsca, aby po chwili usiąść w wygodniejszym fotelu przed biurkiem nauczycielki. Miejsce po mojej lewej zajął Irwin. Kobieta opadła naprzeciwko nas i przez kilka sekund po prostu patrzyła. Nie mogłam wyczytać za wiele z jej spojrzenia, dlatego ucieszyłam się, gdy chłopak przerwał milczenie, choć oczywiście zrobił to w nie najlepszy sposób.
– Jak podoba się pani nasz misterny teatrzyk? – zapytał, rozsiadając się wygodnie.
Ja sama odebrałabym jego pozę jako pozbawioną szacunku, lecz Johannes zdawała się nie widzieć w tym niczego złego.
– Bardzo, panie Irwin, bardzo – odparła prosto, patrząc na Ashtona.
Wyglądali, jakby prowadzili jakąś bezsłowną dyskusję i uderzyło we mnie to, że moja mentorka lubi Irwina. Może nie pokazywała sympatii otwarcie – nigdy tego nie robiła – ale widoczna między nimi była pewna nić porozumienia. Wydało mi się to okropnie niesprawiedliwe – on był dupkiem, który uwielbiał uprzykrzać ludziom życie, a ja jej oddaną uczennicą, która na szacunek pracowała dwa lata. Tymczasem siedzieliśmy w jej gabinecie i nie dość, że uwaga Johannes skoncentrowana była na chłopaku, to jeszcze pozwalała mu na o wiele więcej, niż zwykle mieściło się w jej normach dobrego wychowania. Tak jakby coś w nim widziała i czerpała przyjemność, mogąc wydobywać to na wierzch.
– Doceniam zaangażowanie was wszystkich – zwróciła się w końcu także do mnie. – Wielka Gra nabiera zdecydowanie ciekawszych kształtów, niż mogłam podejrzewać. Większość osób naprawdę wkłada w to serce i, o ile się nie mylę, należycie właśnie do tego grona.
Ciężko mi było słuchać o wkładaniu serca w mój wymyślony związek z Irwinem. Trud i owszem, czas oraz cierpliwość również, zapewne nawet zdrowie psychiczne, ale serce... brzmiało to zbyt uczuciowo. Brzmiało to tak, jakbyśmy angażowali w grę prawdziwie emocje.
Jeszcze ciężej było mi przyznać się, że gdzieś w mojej podświadomości tkwiło przekonanie, iż gra bez emocji nie ma sensu. Aktor może nadać postaci kształt, ale to uczucia ją wypełniają i sprawiają, że ożywa, stając się czymś namacalnym, zdolnym wyrywać z tłumu ich własne dusze i wsadzać je w sztuczne realia. A żeby to zrobić, trzeba czuć, trzeba dać się pochłonąć bijącemu w innym świecie sercu, trzeba się nim stać.
– Och, oczywiście, że należymy, prawda, kotku? – Irwin sięgnął po moją dłoń i splótł nasze palce razem, nie pozbywając się zaczepnej, rozbawionej nutki z głosu.
Przewróciłam oczami, ale zdecydowałam się odpowiedzieć.
– Robię, co w mojej mocy – zapewniłam, a po chwili dodałam dociekliwie: – Czy teraz też musimy grać?
Widziałam, że uśmiech miga w kącikach ust Johannes, ale ostatecznie kobieta pokręciła głową.
– Nie. Jesteśmy tu, żeby omówić wyniki waszej wczorajszej próby i w tej sytuacji możemy odstawić na bok udawanie. – Kiedy tylko to powiedziała, cofnęłam dłoń z powrotem na własne kolano. Od razu poczułam się lepiej. Okazywanie bezpośrednio przed nauczycielką czułości, nawet tych udawanych, było niezręczne. – Zacznę od krótkich wyjaśnień, dobrze?
Nastąpił potok słów, podczas których Irwin dwa razy szturchnął kolanem o to moje. Gdy posłałam mu zirytowane spojrzenie, przywołał na twarz zbolały wyraz, mający zapewne insynuować ból wywołany moim wcześniejszym zachowaniem. Nie poświęcając mu za wiele uwagi, wróciłam do wysłuchiwania Johannes. Blondyn mógł mieć gdzieś cały ten test, ale dla mnie oznaczał on wejściówkę do przygotowanego przedstawienia, a może i całej przyszłej kariery. Nie ma co ukrywać, iż liczyłam na kartę VIP.
– Ostatecznie otrzymaliście czterdzieści trzy punkty, co daje wyniki bardzo dobry. Nie będzie żadnego oficjalnego rankingu, ale wszystko to jest zapisywane o tu. – Kobieta postukała palcem w leżący na ciemnym biurku zeszyt.
Z mojej klatki piersiowej uleciało westchnienie ulgi, choć nie było ono pełne. Ocena wydawała się dobra, ale jak miałam to stwierdzić, nie mogąc porównać się do innych?
– A już myślałem, że dostanę moją pierwszą od lat szóstkę. – Irwin widocznie kpił sobie sam z siebie.
– Nikomu nie udało się uzyskać oceny celującej – powiedziała Johannes z uniesionymi brwiami, jakby zdając sobie sprawę z tego, że nie miała w planie tego mówić, ale niewiele sobie z tego robiąc.
Tym razem naprawdę wypełniła mnie radość i przez sekundę, dopóki się nie opamiętałam, nawet uśmiechałam się promiennie do Irwina. Bądź co bądź była to nasza wspólna praca i w życiu nie podejrzewałam, że pójdzie nam tak dobrze. Nadal uważałam za niesprawiedliwy fakt, iż oceny wystawiane są parze, a nie poszczególnym osobom, ale póki co nie miałam na co narzekać. Ostateczny ranking i tak będzie przypisany do członków grupy teatralnej i wydawało się, że mam szansę zająć w nim naprawdę wysokie miejsce.
Z wyobrażeń o mojej osobie w głównej roli wyrwał mnie głos Johannes.
– Z oficjalnych spraw to byłoby wszystko – oznajmiła. – Mam dla was jednak jeszcze niespodziankę. Te wakacje są dość wyjątkowe, prawda? Jak mówiłam, wasza praca przerasta moje najśmielsze wyobrażenia, ale ufam, że stworzyłam okazję nie tylko do podszlifowania umiejętności aktorskich, ale też zmiany spojrzenia na pewne tematy i nawiązania nowych relacji. Mam szczerą nadzieję, że będziecie dobrze wspominać te kilka tygodni. – Nauczycielka patrzyła na nas uważnie, a ja starałam się, by nie zauważyła mojej rzednącej miny. Jakie wspomnienia właśnie tworzyłam? Bałam się odpowiedzi na to pytanie. – Z tego powodu chętnie skorzystałam ze specjalnej oferty wesołego miasteczka.
Z cichym pyknięciem Johannes otworzyła szufladę ze swojej prawej strony i starannie wypielęgnowanymi dłońmi położyła coś przed nami. Pochyliłam się do przodu, żeby przyjrzeć się dwóm kartkom... nie, zdjęciom. Z każdego spoglądała na mnie ta sama scena. Papier lekko się błyszczał, przez co kolorowe otoczenie utrwalone na fotografii zdawało się jeszcze bardziej magiczne. Gdzieś w tle unosiły się balony, a groteskowy drogowskaz wskazywał drogę do domu strachów. W centrum znajdowała się migocząca, złota karuzela, której część zasłanialiśmy... my. Irwin opierał łokieć na moim ramieniu, a ja patrzyłam na niego z mieszanką irytacji i rozbawienia. Wyglądaliśmy uroczo i... prawdziwie.
– Nie wiedziałam, że byliśmy fotografowani – zauważyłam głosem bez wyrazu, zapadając się z powrotem w beżowy fotel.
Ashton dopiero teraz spojrzał na zdjęcia. Nie poświęcił im więcej niż dwóch sekund uwagi, po czym znów usiadł w swojej w pełni wyluzowanej pozie.
– No tak, zdjęcia z zaskoczenia chyba nie są twoją mocną stroną. – Uśmiechnął się zawadiacko.
Przypomniałam sobie, dlaczego tak nienawidzę siedzącego tuż obok blondyna i spiorunowałam go wzrokiem, ale zanim zdążyłam otworzyć usta, wtrąciła się Johannes.
– Takie komentarze są zbędne – oznajmiła ostro i łagodniejszym już tonem przeszła do wyjaśnień: – Robiliśmy zdjęcia każdej parze, bo uznałam, że może to być ciekawa pamiątka. Dlatego zachęcam wszystkich do wzięcia sobie po jednej sztuce, ale równie dobrze możemy je teraz wrzucić do kosza. To wasza decyzja.
– Popieram drugą opcję – ogłosiłam od razu, zaplatając ręce na piersi.
Zdecydowanie nie podobały mi się te fotografie, poza tym zachowywanie pamiątek związanych z Irwinem w żadnym wypadku nie znajdowało się na liście moich pragnień. Zwłaszcza jeśli miały to być tak zakłamane wspomnienia.
Spodziewałam się kolejnych komentarzy ze strony chłopaka, tymczasem jedynie Johannes zapytała, czy jestem pewna swojej decyzji.
– W takim razie to wszystko na dzisiaj – oznajmiła po moim przytaknięciu. – Mam nadzieję, że nadal będzie wam tak dobrze szło. Amy, możesz wyjść, a ciebie, Ashtonie, prosiłabym o zostanie jeszcze na chwilę.
Przez chwilę w moich myślach królowało zaciekawienie, ale gdy jeszcze raz spojrzałam na zdjęcia i blondyna, poczułam, że wyjście stąd jest najlepszą opcją.
Wolno wstałam i, kiwnąwszy głową przed nauczycielką, opuściłam gabinet.


~.♦ .~.♦ .~


Wpatrywałam się w sufit, na którym, słowo daję, zacieki układały się w kształt pandy z poważną chorobą genetyczną. Niemal słyszałam śmiech Emily oraz Lory, który na pewno rozbrzmiewałby w pustym pokoju, stanowiąc miły kontrast dla żmudnego szumu deszczu obijającego się o szybę, ale nie miałam tego szczęścia. Utknęłam w naszym domku na cały wieczór i umierałam z nudy. Jedynym moim zajęciem było wybijanie irytującego rytmu na obudowie laptopa, który wgniatał się w moją klatkę piersiową. Urządzenie było oczywiście bezużyteczne z powodu braku zasięgu i zera zapisanych na nim filmów. Wiedziałam jednak, że mogę to szybko zmienić i coraz bardziej kusiła mnie ta opcja.
Z jęknięciem podniosłam się do pozycji siedzącej, myśląc o tym, że w mojej diecie widocznie brakuje owocowych galaretek i słodkich kisielów, gdyż kości strzelały mi przy każdym ruchu. Drugi raz dzisiejszego dnia do mojej głowy wpadła myśl o babci. Twardo postanowiłam, że po powrocie do domu postaram się przywrócić tradycję, którą ustanowiłyśmy gdzieś w czwartej klasie podstawówki, kiedy to ojciec pracował jeszcze w drugiej części miasta, a Aaron próbował robić coś ze swoim życiem i uczęszczał na dodatkowe zajęcia. Mój dom świecił pustkami, więc pierwszym przystankiem na drodze ze szkoły stał się stół babci Anastasi, przy którym spożywałam niezobowiązujące, ale, jak się okazuje, niezbędne w mojej diecie podwieczorki.
Chwyciłam laptopa i z niespodziewaną determinacją opuściłam pokój. Nuda robiła z człowiekiem dziwne rzeczy.
Tradycyjnie zapukałam do drzwi Irwina, a on tradycyjnie odkrzyknął „proszę”, jednak przechodząc przez próg, byłam gotowa na wszystko. Tym razem okazało się to niepotrzebne. Kiedy spojrzałam na chłopaka, właśnie chował plik papierów do szuflady w komodzie stojącej obok łóżka. Widać było, że jego wieczór też nie opływa we wrażenia – leżał rozwalony tak, że jego nogi znajdowały się na ziemi, a głowa opierała o ścianę w sposób wymagający od karku niebotycznych poświęceń.
– Amelio Hood, czyżbyś przybyła uratować mnie od beznadziejnego marazmu samotnej nocy?
Przewróciłam oczami, w myślach nakazując sobie uprzejmość.
„Czy miałbyś coś przeciwko...” – sformułowałam zdanie w głowie, by następnie parsknąć śmiechem na samą siebie.
– Zostawię tu laptopa, żeby film pobierał się na pełnym zasięgu, okej?
Prosto i bez zbędnych komentarzy – tak planowałam załatwić cokolwiek z Ashtonem Irwinem.
Coś błysnęło w oczach chłopaka i podniósł się do góry.
– Naprawdę przychodzisz z nadzieją – oznajmił z widocznym zadowoleniem. – Jaki film?
– Laptop będzie stał tutaj – wskazałam ręką na krzesło – a ty możesz zostać tam. Nie musisz wiedzieć, co to za film.
– Daj spokój, Hood. Jak masz coś oglądać, to po prostu oglądnijmy to razem.
– Niby dlaczego mielibyśmy to robić? – Nie ukrywałam sceptycyzmu.
Blondyn płynnym ruchem wstał, po czym znalazł się przede mną. Zanim zrozumiałam, co ma zamiar zrobić, wyjął laptopa z moich rąk i od razu wrócił na łóżko.
– Bo jesteśmy dobrymi współlokatorami – zadeklamował. Spojrzał na mnie z uśmiechem i poklepał miejsce obok siebie. – No dalej, Amy, siadaj.
Moje wahanie trwało dwie sekundy. Po tym czasie, nie szczędząc wywracania oczami i jęków zrezygnowania, dowlokłam się do mebla. Opadłam na miękką pościel w stosownej odległości od Ashtona.
– Mogę? – Kiwnął głową na urządzenie i, otrzymawszy zgodę, wybudził laptopa ze stanu uśpienia. Nie zwlekając, uruchomił przeglądarkę. Jego opalone palce biegały po klawiaturze z prędkością światła. – Jest taki film, który chciałem zobaczyć. Powinien już być w Internecie… tak, to ten – powiedział usatysfakcjonowany, po czym odwrócił ekran bardziej w moją stronę. – Może być?
Nie, nie może. W moich planach na wieczór nie mieścił się seans z Irwinem ani wybieranie przez niego repertuaru. Nie miałam siedzieć na jego łóżku, w jego pokoju ani przesuwać się w jego stronę, żeby móc dobrze widzieć laptop leżący na jego kolanach.
Nic nie powinno takie być, ale właśnie było. Wszystko to sprawiało, że miałam ochotę mruknąć w odpowiedzi „cokolwiek” i zapaść się głębiej w pościeli, ale nie mogłam.
– Horror? – Uniosłam więc brwi w górę.
– Najlepszy od czasów „Obecności” – zapewnił chłopak.
Uniosłam się na łokciach.
– Chyba nie planujesz wystraszyć niewinnej dziewczyny na śmierć i sprawić, by wpadła w twoje ramiona?
– O ile nie planujesz odstawić szopki z piszczeniem i wpadaniem w moje ramiona, to nie – odpowiedział prowokacyjnie. – Poza tym, Hood, ty i niewinność?
– Dokładnie to, ja i niewinność, zawsze obok siebie, naprzeciw złu i dupkom tego świata – wygłosiłam patetycznie, robiąc wyraźne odstępy pomiędzy częściami zdania.
Irwin się roześmiał. Odłożył laptopa i wstał, żeby zgasić światło. Po chwili z powrotem usiadł obok mnie, już w kompletnych ciemnościach, zakłócanych jedynie migającym światłem emitowanym przez ekran.
– Pamiętaj w takim razie, że ramiona tego dupka są zawsze dla ciebie otwarte – wyszeptał.
Kopnęłam go w kostkę. Naprawdę mocno; tak, że znów poczułam się jak totalny dzieciak. Tego uczucia chciałam unikać i to dlatego zgodziłam się na wspólny seans – żeby nie wychodzić na upartą dziewczynkę. Bo w końcu w oglądaniu razem filmu nie było nic złego, ale ja chciałam utrzymać moje relacje z Irwinem na możliwie najchłodniejszym poziomie, a z tym kłóciło się spędzanie razem czasu wolnego. Nie byłam też trzynastolatką myślącą, że siedzenie na łóżku z chłopakiem jest najbardziej podniecającym doświadczeniem w życiu, a mimo tego, w jakiś sposób, czułam się niezręcznie, gdy leżeliśmy tak blisko siebie.
Przez pierwsze minuty filmu, kiedy, jak to na horrorze bywa, z laptopa nie wydobywały się praktycznie żadne dźwięki ani światło, w pokoju słychać było głównie nasze oddechy. Próbowałam nie skupiać się ani na nich, ani na intensywnym zapachu wody kolońskiej, jednak udało mi się to dopiero wtedy, gdy akcja odrobinę się zagęściła. I faktycznie, zgodnie ze słowami Ashtona, film zapowiadał się na naprawdę dobry horror, co z jednej strony było świetne, a z drugiej okropne. Nie zamierzałam przecież piszczeć przed Irwinem, a nawet nie miałam za czym schować twarzy, kiedy kolejne upiorne postacie wyskakiwały przed kamerę w momentach przyprawiających o zawał serca. Rzucałam więc co jakiś czas komentarze w stylu „fuj” czy „ała”, podczas gdy reżyserzy prezentowali nam naprawdę makabryczne sceny, ale chłopak nie dawał się wciągnąć w rozmowę, która mogłaby odwrócić moją uwagę.
– Zimno mi – powiedziałam w końcu, co skłoniło blondyna do reakcji.
– Leżysz na kołdrze – zauważył, po czym rzucił mi przelotne spojrzenie. – Ale jeśli uważasz, że efektywniejsze będzie przytulenie się, to śmiało.
– Przestań śnić – burknęłam, natychmiastowo sięgając po leżący po mojej wolnej, lewej stronie róg nakrycia. – W przeciwieństwie do ciebie, jestem w pidżamie – dodałam na swoje usprawiedliwienie, przykrywszy się pod samą brodę.
Leżałam obecnie na boku, co średnio podobało się mojej podpierającej głowę ręce, ale przynajmniej czułam się bezpieczna, bo pod przykryciem zmieściły się też moje zgięte nogi. Tak było mi łatwiej dotrwać do końca filmu, który zostawił mnie z szybko bijącym sercem i zaciśniętymi oczami.
Kiedy na ekranie pojawiły się napisy, a następnie obraz zastygł, przez dłuższą chwilę nic nie mówiliśmy. Nasze oddechy tym razem wywierały jeszcze gorsze wrażenie – jedyne odgłosy w ciszy utkanej z zastygłego strachu, unoszące się pomiędzy mrokiem ukrywającym odbicia demonów, tych własnych jak i zobaczonych na produkcji. Właśnie wtedy, gdy lęk po horrorze jest jeszcze bardziej odczuwalny niż w czasie jego trwania, Irwin westchnął i zaczął podnosić się na nogi. Wiedziałam, że jeśli wstanie i podziękuje mi za seans w jakikolwiek możliwy u niego sposób, ja będę musiała zrobić to samo, a wychodzenie z bezpiecznego kokonu było na ostatnim miejscu moich pragnień.
– Wiesz, że nie ma szans, żebym teraz tak po prostu wróciła do siebie? – powiedziałam twardo.
– Nie?
Zatrzymał się w połowie drogi i odwrócił w moją stronę. Jego kolano dotykało mojego uda.
– Nie – odparłam, po czym w mojej głowie pojawił się pomysł. – Ty wybrałeś horror, więc ja wybiorę komedię.
Światło wycinało na twarzy chłopaka paradę złożoną z głębokich cieni oraz upiornej, niebieskiej poświaty, która skupiła się wokół uniesionej brwi.
– Boisz się, Hood? – zapytał z kpiącą nutą w głosie.
– Tak, Irwin – zaakcentowałam jego nazwisko – to był cholerny horror, więc się boję. A teraz oddaj mi tego laptopa i posadź swój tyłek.
Przez kilka sekund mierzył mnie wzrokiem. Wyglądał, jakby coś analizował. W końcu doszedł do wniosków, które widocznie go zadowoliły. Nie wiedziałam, jakie były – czy była to satysfakcja równa wygraniu zakładu wiążącego się z bieganiem nago po ulicy, czy radość wywołana przekonaniem o słuszności swoich podejrzeń. Liczyło się tylko to, że usiadł obok mnie – tym razem wzdłuż łóżka, a nie w jego poprzek – a ja mogłam czuć obok siebie uspokajające uderzenia serca zdające się pulsować w rytm kropel opadających na ciemne okna. Nie miałam zbyt wiele czasu na podjęcie decyzji, więc włączyłam pierwszy film, jaki wpadł mi do głowy.
Nie dostrzegłam chwili, w której wichura na zewnątrz zamilkła, a moje powieki obsypał piasek złożony z napięcia mięśni i zderzeń myśli zgromadzonych w ciągu całego dnia. Nie rozpoznałam momentu, kiedy w pokoju oświetlonym sztucznym światłem poczułam się na tyle bezpiecznie, by zasnąć na ramieniu Ashtona.


~.♦ .~.♦ .~



Znów nic mi się nie podoba, a co tam u Was? :)))

piątek, 7 kwietnia 2017

17. Something Just Like This




But she said "Where'd you wanna go?
How much you wanna risk?
I'm not looking for somebody
With some superhuman gifts
Some superhero
Some fairytale bliss
Just something I can turn to
Somebody I can kiss"


To normalne, że ludzie bali się kolejek górskich. Przecież właśnie dla uczucia adrenaliny tutaj przychodzili. Ja jednak nie czerpałam z nagłych skoków napięcia żadnej przyjemności i kilka lat temu doszłam do wniosku, że to zdecydowanie zabawy nie dla mnie. Tak jak niektórzy mogą umierać ze zdenerwowania na widok myszy czy z myślą o publicznych wystąpieniach, tak mnie właśnie w tej sytuacji oblewał zimny pot, a klatka piersiowa wypełniona była czymś znacznie gorszym do niepokoju; uczucie to ściskało wszystkie narządy i ledwo pozwalało wtłoczyć tlen do płuc.
Koła z trzaskiem zaczęły toczyć się po początkowo prostej nawierzchni, a ja wciąż grzecznie siedziałam w fotelu i tylko moja ręka zachowywała się, jakby przeżywała właśnie poważny atak padaczki. Patrząc z dystansu, zapewne nie wyglądałam tak źle, ale dystans chyba nie był tym, co potrafiłam nadal utrzymywać między mną a Irwinem. Jego dłoń w nieuchwytnym momencie nakryła tę moją, powolnym, ale stanowczym ruchem splatając nasze palce razem. Ukradkiem spojrzałam na ten obraz – moja ręka niemal zniknęła w otoczeniu jego opalonej skóry I było lżej, nawet gdy kolejka nagle zwiększyła prędkość, a ja musiałam zamknąć oczy i zacisnąć zęby, żeby nie rozpaść się pod jej wpływem na kawałki.
Pierwsze wzniesienie nie było takie złe, a potem… po prostu starałam się to przetrwać. Jedną z najgorszych rzeczy w kolejkach górskich było to, że nie mogliśmy wycofać się w żadnym momencie, musieliśmy wytrzymać do końca, choćby nie wiadomo co się działo. Byliśmy kompletnie pozbawieni kontroli, a ja lubiłam czuć, że trzymam sprawy w swoich rękach. Tymczasem jedynym, co trzymałam, była dłoń Irwina, która po tej przejażdżce niewątpliwie skończy naprawdę zmaltretowana.
W pewnym momencie ­– chciałam mieć nadzieję, że oznaczającym koniec tej karuzeli strachu, ale nie byłam w stanie aż tak się oszukiwać ­– wagony stanęły w miejscu. Cały świat znieruchomiał, ale wciąż czułam się niestabilnie. Nie byłam na ziemi; mówił o tym wiatr w moich włosach i przytłumiona, ledwie słyszalna muzyka z dołu, będąca kontrastem dla dźwięku gwałtownie wydychanego powietrza. Zapewne dalej trwałabym w moim osobistym kokonie bezpieczeństwa, tak odcięta od zewnętrznego świata, jak tylko się da, ale przeszkodził mi głos Irwina, rozchwiany i zachrypnięty zapewne od krzyków podekscytowania.
­– Amelio Dominico Hood, otwórz te swoje nieziemskie oczy!
Trudno rzucać komuś zdziwione spojrzenie z zaciśniętymi powiekami, więc odwróciłam swoją twarz w prawo i nieumyślnie spełniłam prośbę chłopaka.
Wciąż znajdowałam się o kilkadziesiąt metrów nad ziemią za dużo i wciąż jedynym, co mnie tu trzymało, były metalowe, wąskie tory, ale z jakiegoś powodu to przestało mieć znaczenie. Znalazłam nowe źródło grawitacji, które w tamtych sekundach wyparło wszystko inne. Przez tamte kilka sekund moje spojrzenie było bezwarunkowo przykute do profilu Ashtona Irwina. Było ciemno, a na górze brakowało oświetlenia, jednak jego oczy wciąż błyszczały, podczas gdy patrzył na miliony migoczących z dołu świateł miasta. Nie ignorowałam otoczenia, ono po prostu nie zdołało oderwać mojej uwagi od rozciągniętych w uśmiechu ust, bruzdy na policzku i skręconych przy skroni kosmyków włosów, które w panującym zewsząd zmierzchu straciły swój kolor. Uświadomiłam sobie, że umiem natychmiastowo przywołać w wyobraźni ich rzeczywisty odcień. Obraz ciemnych pasm z miodowym pobłyskiem pojawiał się w moim umyśle bez żadnego wysiłku.
­– Patrz, to chyba morze. – Irwin wyciągnął wolną rękę poza barierki, wskazując odległy obszar ciemnej, zdającej się falować masy, a to wystarczyło, żeby wyrwać mnie z transu.
Odwróciłam wzrok i powoli rozejrzałam się dookoła siebie. Wciąż byłam trochę oszołomiona, ale zaczynałam dostrzegać niezwykłość roztaczającego się wokół krajobrazu. Nie miałam lęku wysokości, więc póki staliśmy w miejscu, mogłam spokojnie patrzeć przed siebie.
Faktycznie było widać morze – punkt głębszej czerni wśród mrocznych pól. Gdy delikatnie wychyliłam się do przodu, mogłam zobaczyć kontrastujący do tego obraz ­– wesołe miasteczko pod nami mieniło się kolorami, które przecinały nocne powietrze i docierały niemalże do naszego wagonu. Ludzie przemieszczali się w tę i we w tę jako małe, ruchliwe punkciki.
Przejechałam wzrokiem w kierunku mieniącej się złotem karuzeli we wschodniej części lunaparku, gdy poczułam nagłe szarpnięcie w brzuchu i sekundę później pędziliśmy już z zawrotną prędkością w dół.
­– Zabiję cię, Irwin! ­– wrzasnęłam, na powrót zaciskając powieki.

~..~..~

Kiedy w końcu zatrzymaliśmy się na dole, natychmiastowo otworzyłam oczy i wzięłam głęboki wdech, ale na wyjście z karuzeli musiałam poczekać. Po chwili barierki uniosły się w górę, a młody chłopak z obsługi odpiął pas oddzielający nas od otwartego obszaru wesołego miasteczka. Wstałam na chwiejnych nogach, jednak dopiero gdy spojrzałam na tęczową koszulkę bruneta, którego mijałam, poczułam, że mój żołądek także nie zareagował entuzjastycznie na tę przejażdżkę. Udało mi się odejść na bok i oprzeć o balustradę wokół stoiska z popcornem w próbie odzyskania stabilizacji. Boże, czemu ja zgadzałam się na coś takiego? Odpowiedzią był Irwin, który szybko znalazł się tuż obok, ale nagle zachowanie przed nim twarzy wcale nie wydawało się nad wyraz istotne.
– Wszystko w porządku?
Niemalże uniosłam głowę, by sprawdzić, czy faktycznie słyszę troskę w jego głosie, jednak w porę uświadomiłam sobie, że to naprawdę niedobry pomysł.
– Mhm, trochę kręci mi się w głowie – mruknęłam, wpatrując się w podłoże zasłane papierowymi kubkami i kolorowymi rurkami.
Wszystko było wykrzywione. Przedmioty skręcały się w niewyobrażalne kształty, a ich linie płynęły w powietrzu niczym wężyk mgły. Roztaczający się wokół maślany zapach mieszał się z potem przebiegających wokół ludzi. Moje zmysły były atakowane wrażeniami, dlatego też nie oponowałam, kiedy Ashton obrócił mnie przodem do siebie i niemalże oparł moją osobę o swój tors.
– Oddychaj głęboko i powiedz, jeśli poczujesz, że odlatujesz.
Posłuchawszy rady blondyna, skupiłam się na poczuciu równowagi, które mi zapewniał. Prościej było powstrzymać świat od wirowania, jeśli składał się on jedynie z otaczających cię ramion i w jakiś sposób uspokajających, regularnych ruchów klatki piersiowej. W takim położeniu zawroty głowy szybko zniknęły, co nie zmieniało faktu, że czułam się jak przepuszczona przez tarkę do warzyw.
– Masz okropną szopę. – Irwin przejechał dłońmi po moich włosach.
– Zamknij się, próbuję właśnie nie zarzygać ci koszulki.
Jego głośny śmiech sprawił, że musiałam podnieść głowę w górę.
Nie zrobiłam kroku w tył.
– Mówię poważnie – zastrzegłam.
– Ja też.
Przeskanowałam wzrokiem jego twarz, podczas gdy on wciąż patrzył na mnie roześmianymi oczami.
– Dzięki. – Słowa wyleciały z moich ust pięć razy szybciej, niż powinny, by być zrozumiałe i dwa razy za wolno, by pozostać pozbawionymi znaczenia.

~..~..~

W autobusie powrotnym usiedliśmy osobno i nie zobaczyliśmy się do następnego poranka. Wieczór, choć wydawałoby się, że byłam zbyt zmęczona, spędziłam u Andy’ego. Wyczerpanie dopadło mnie podczas śniadania, kiedy bezsensownie mieszałam widelcem w jajecznicy i próbowałam zignorować wwiercający się we mnie wzrok Irwina. Odwdzięczyłam mu się krzywym spojrzeniem, by po chwili wrócić do mojego snu na jawie. Gdyby tylko słońce tak nie świeciło, a na stołówce nie panowała taka spiekota… może prościej byłoby utrzymać oczy otwarte. W obecnej sytuacji przegrywałam jednak walkę, dlatego postanowiłam podnieść się z miejsca i przynieść sobie ożywcze kakao – na naszym stoliku znajdowała się tylko herbata, a zdecydowanie nie należałam do jej fanów.
Ku lekkiemu zaskoczeniu wszystkich, członkowie naszej grupy teatralnej zazwyczaj pojawiali się na posiłkach punktualnie, czego nie można było powiedzieć o reszcie personelu. Z powodu zmęczenia praktycznie nie zauważyłam stojącego przy szwedzkim stole Jerome’a, ale kiedy już sięgałam po dzbanek, mój wzrok przykuł talerz, nad którym chłopak stał.
– Nie polecam tych parówek. Wszystkie czarne historie krążące o tych produktach stają się tutaj prawdą – oznajmiłam, podchodząc bliżej.
Uznałam, że to moja kolej, by zainicjować kontakt z szatynem, a poza tym naprawdę czułam potrzebę, aby ostrzec go przed tym daniem. Po spróbowaniu go na którąś z kolacji byłam pewna, że nie tknę mięsnych przetworów niewiadomego pochodzenia przez najbliższe kilka lat i utrzymywałam w sobie przekonanie, że dotyczyć to będzie także McDonaldów czy innych fast foodów.
– Chyba nie widziałaś, co jedzą studenci medycyny z nielegalnym dostępem do szpitalnych stołówek. – Chłopak błysnął białymi zębami, wbrew moim wskazówkom nakładając na talerz trzy różowe kiełbaski.
– Będziesz tego żałował – powiedziałam sceptycznie.
Odłożył naczynie na stolik, by zacząć smarować kromkę jasnego pieczywa masłem. Dużą ilością masła. W pewnym momencie jednak przerwał i skupił spojrzenie na mnie.
– Wiesz, to już chyba uzależnienie.
Jego poważny ton sprawił, że pokręciłam głową, a po chwili kiwnęłam nią w stronę jego śniadania.
– Od parówek? Czy podwyższonego cholesterolu?
– Sam nie wiem. Może chodzi o cztery łyżeczki cukru w herbacie?
– Bogowie, to będzie cud, jak uda ci się dożyć końca studiów – podsumowałam.
Chłopak chwycił talerz i po tym, jak napełniłam uszczerbiony kubek gorącym, brązowym napojem, ruszyliśmy, by usiąść. Stolik przeznaczony dla personelu znajdował się rzecz jasna w najbardziej odosobnionej części sali, ale Jerome nadłożył trochę drogi i odprowadził mnie prosto w ramiona wystygniętej jajecznicy. Jajecznicy i Irwina, który, natychmiast po zajęciu przeze mnie miejsca, przełożył rękę ponad mebel i chwycił moją dłoń.
– Jeśli wywołujesz sensację romansem z kadrą medyczną, chyba musimy się trochę bardziej postarać z tą grą – powiedział ironicznym tonem.
Uśmiechnęłam się w przesłodzony sposób, upijając łyk kakao i decydując, że musi on być wystarczającym śniadaniem, bo rozbabrane białko i wyraz twarzy Ashtona całkowicie odebrały mi apetyt.
– Jeśli uda ci się wyrwać w  naszym czasie wolnym, to pojadę z tobą, stary. – Jack widocznie wrócił do rozmowy przerwanej moim przybyciem. – A inaczej Amy będzie musiała załatwiać mi jakąś lekarską wymówkę u swojego studencika – odparł zadowolony, puszczając do mnie oczko.
– Nie musi ci nic załatwiać. Sam jestem w stanie kupić kilka sześciopaków.
Irwin odchylił się na krześle, przekazując niemy sygnał mówiący „sytuacja jest pod moją kontrolą”.
Rozejrzałam się.
– Co się święci? – zapytałam.
Beth sięgnęła do mojego kubka i upiła łyk płynu. Przewróciłam oczami, ale tego nie skomentowałam.
– Chłopcy zaczynają przygotowywania do imprezy, którą chcą zrobić jakoś w ostatnim tygodniu obozu.
– Może trochę wcześniej – wtrącił Jack.
– Tak, może trochę wcześniej – przytaknęła Annabeth z lekceważeniem, ale jednoczesną zaczepką.
Uniosłam na to brwi, jednakże nic nie powiedziałam. Sama impreza była pociągającym pomysłem, wchodzącym podobno w tradycję obozów, ale jeśli ludzie już teraz zaczynali gromadzić na nią alkohol… mogło to skończyć się różnie.
– Po prostu powiedz, jak będziesz wiedział, kiedy Johannes wysyła cię w trasę – ogłosił Jack na podsumowanie, a następnie wstał. Podniósł swój oraz Annabeth talerz i po chwili zmierzali już w stronę wyjścia.
Kompletnie wyleciał mi z głowy fakt, że Irwin nie jest tu tylko rekreacyjnie, ale musi też pełnić rolę chłopca na posyłki i pomagiera. Dotychczas nie zauważyłam, żeby jego osoba była nadmiernie zaangażowana w wykonywanie jakichkolwiek obowiązków, ale z drugiej strony zazwyczaj zwracałam na niego uwagę tylko w godzinach trwania Wielkiej Gry.
Choć… wczorajszego wieczora nie ciążył na nas przymus grania, a mimo tego nie zachowywaliśmy się jak odwieczni wrogowie czy nawet obce osoby. Irwin nie musiał trzymać mojej dłoni podczas przejażdżki tak, jak robił to teraz, a ja nie musiałam mu na to pozwalać, co niechętnie robiłam w tej chwili. Nie mogłam też zaprzeczyć przed sobą i powiedzieć, że nie czułam wtedy wdzięczności. W pewien sposób podczas tych chwil w wesołym miasteczku moje uczucia były pozytywniejsze niż maskowana grą niezręczność, która obecnie otaczała nasze osoby.
Skrzywiłam się, dopijając zgromadzoną na dnie czekoladę, na co Irwin zaśmiał się i pstryknął mnie w nos.
Musieliśmy wyglądać słodko, zarówno wtedy, jak i przez resztę dnia, ale niewytłumaczalny supeł w moim brzuchu przez cały czas nie chciał się rozluźnić. Miałam wrażenie, że to ja stałam się tą gorzej grającą osobą w naszym duecie, co tylko jeszcze bardziej wyprowadzało mnie z równowagi. Popołudnie spędziłam więc na redukowaniu kontaktu z Ashtonem do minimum, w sposób przypominający początek obozu. Idąc tą drogą, jakimś cudem skończyłam w technicznej sekcji grupy teatralnej, która dzisiejszego dnia próbowała skomponować soundtrack do przygotowywanego przedstawienia. Stałam za ramieniem Jacoba. Brunet usiłował przekonać resztę, że rock z lat sześćdziesiątych idealnie oddaje atmosferę szekspirowskiego dzieła, a my nie znajdywaliśmy przekonującej opozycji.
– A co powiecie na Coldplay? – Ktoś za nami wypowiedział ten pomysł.
Natychmiastowo rozpoznałam barwę głosu. Spojrzałam na drobną blondynkę, która patrzyła na nas z nieśmiałym uśmiechem. W rzeczywistości wcale nie byłam większej postury – wyglądałam chyba nawet bardziej patykowato niż Kate, która była po prostu szczupła, ale przez jej zachowanie przyzwyczaiłam się do myśli, że to ja jestem tą silniejszą. Zagryzłam wargi i skupiłam uwagę na reszcie grupy. Podłapali pomysł, więc tytuły piosenek przelatywały między uszami. Ktoś chwycił kartkę i zaczął pośpiesznie zapisywać propozycje. W panującym zamieszaniu łatwo mi było ignorować obecność Katlyn, lecz wszystko miało swoje granice. Dziewczyna, czego nie trudno było się domyślić, wcale nie przyszła tu, by pomóc przy muzyce – no, a przynajmniej nie tylko po to. Kiedy tylko wokół mnie zrobiła się wolna przestrzeń, zbliżyła się na odległość wyciągniętej ręki. Sama nie wiem dlaczego, ale zdecydowanie mi to nie pasowało. Blondynka musiała dobrze zrozumieć moją postawę, bo przez kilka chwil nie odezwała się ani słowem. Już myślałam, że odpuści i zaczeka, aż to ja wykonam pierwszy krok, choć byłoby to zapewne żmudne oczekiwanie – czułam się wyjątkowo dotknięta tym, jak sprawy potoczyły się po stołówkowym incydencie. Zrobiłam coś dla niej, a jedynym, co otrzymałam w zamian, była kompletna ignorancja. Gdyby Irwin nie przerwał tego wszystkiego, skończyłoby się jeszcze gorzej i…
– Świetnie wam wczoraj poszło w wesołym miasteczku – powiedziała.
Brawo, Richardson, niezła strategia – zacząć od pochwał.
– Byłam w komisji, więc… naprawdę wiem, co mówię – kontynuowała. – Johannes była zadowolona i nawet złapała mnie potem, żeby spytać, co u ciebie. Cóż, u ciebie i Irwina, chyba o to jej chodziło, ale wątpię, żeby…
– Johannes o nas pytała? – W końcu poświęciłam dziewczynie pełnię uwagi, rzucając jej spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
Kate drgnęła na moją nagłą zmianę stosunku do jej obecności, a na jej usta wkradł się drobny uśmiech. Byłam ciekawa informacji, którymi mogła się podzielić, a także znajdowałam się pod wrażeniem tego, iż sama podjęła trud pogodzenia nas, choć chyba najlepiej ze wszystkich wiedziała, że przez mój uparty charakter nie bywało w takich sprawach łatwo. Postanowiłam pożegnać się z głupimi urazami i, odrobinę flegmatycznie, odwzajemniłam uśmiech.
– Wiesz, ona chyba martwi się tym wszystkim bardziej niż pokazuje. Zwłaszcza tobą. Postawiła się w ryzykownej sytuacji, przydzielając cię do pokoju z Irwinem, a potem robiąc z was parę.
– Skoro do tego czasu nie udusiliśmy się wzajemnie, nie widzę powodów do niepokoju – zauważyłam.
– Taak. – Blondynka przeciągnęła samogłoskę i założyła kosmyk włosów za ucho. – Jej raczej chodzi o inne ryzyko.
Głośno prychnęłam.
– Nie żartuj sobie.
 – Wiesz, to wcale nie takie głupie – zaoponowała. Gdy krzywo na nią spojrzałam, pokręciła głową i obróciła się do mnie przodem. – Nie czujesz się dziwnie, kiedy gracie parę, a potem śpicie pod jednym dachem?
– A powinnam?
Katlyn wydawała się nieźle rozemocjonowana torem, jakim zmierzały te pytania.
– Ja bym się czuła.
– Kate, ty to ty.
Szturchnęłam ją w ramię i pociągnęłam w stronę spokojniejszej części sali. Muzycy i tak nieźle sobie bez nas radzili.
– Nawet jeśli… Tak całkiem szczerze, gra nie miesza wam czasami w głowach?
Popatrzyłam na dziewczynę. Jej niebieskie oczy świeciły z ciekawością, a włosy okalały twarz prostymi płatami, co było do niej niepodobne. Dawniej sięgała po prostownicę tylko przy wyjątkowych okazjach. Zmieniła się, ale nadal była to moja Kate, z którą w wakacje przepuszczałam pieniądze na codzienne wyjścia na basen i urządzałam wielkie spektakle w różowym pokoju obklejonym plakatami z Hannah Montaną. Chciałam z nią być szczera.
– Moja relacja z Irwinem wygląda tak samo jak na początku obozu. Nic się nie zmieni.
Było to tym, co powinnam powiedzieć, tylko dlaczego poczułam, jak potężna fala niepokoju przelewa się przez moje wnętrzności?


~..~..~


Jak się chce, to się da, a jak się nie chodzi do szkoły, to można pisać :)) Trzymajcie kciuki, żebym przerwę świąteczną też spędziła tak pracowicie!
xx

sobota, 25 marca 2017

16. Old Yellow Bricks


You're at a loss, just because
It wasn't all that you thought it was
You are a fugitive
But you don't know what you're runnin away from



W sali panował gwar. Na podłodze rozłożone było kilka puf, ale większość osób nie doświadczyła luksusu posiadania pod sobą czegoś więcej niż chłodne panele. Na szczęście podłoga była wyszorowana tak, że lśniła w promieniach słońca wpadających przez okna, więc nikt nie narzekał. Błyskotliwe refleksy padały na twarze kolejnych osób, powoli wędrując przez materiał ich ubrań. Każdy był wysepką kolorów. Byliśmy prześlizgującym się między mrugnięciem oczu wrażeniem. Plama czerwieni tu, fioletu tam. Zatrzymanie obrazu nie było tak trudne, ale kto potrafił przestać skupiać się na sobie? Zauważyć, że nie tak daleko, może dziesięć metrów od niego, działo się coś dziwnego, gdyż wszystko było zbyt w porządku? Ręka oplatająca kark wyglądała zbyt naturalnie, a jedno ciało było zbyt przyciągane do drugiego. Gra aktorska nie zna ograniczeń; mowa ciała nie jest dla niej przeszkodą, uczucia nie są niczym więcej jak sekwencją odpowiednich ruchów, napięcia mięśni i utrzymaniem spojrzenia wystarczająco długo. Dlaczego więc patrzyłam na rozgrywającą się przede mną scenę i czułam, że nie jest właściwa?
Cóż, nie każdy opanował tajniki aktorstwa na odpowiednim poziomie, a Jack raczej nie należał do grupy szczególnie uzdolnionych.
Odwróciłam wzrok i pozwoliłam ciału znaleźć większe oparcie w człowieku za mną. Wiedziałam, że widok Amelii Hood szukającej pomocy w osobie Ashtona Irwin jest jeszcze bardziej niecodzienny niż chłopak Emily wchodzący w bliższe relacje z Annabeth, ale… my przecież jedynie odgrywaliśmy swoje role, a nikt nie był w stanie odczytać z mojego umysłu myśli, że miło jest poczuć ramię przygarniające mnie do siebie. Podniosłam głowę w górę, wprost na spotkanie przygnębiająco pustego sufitu, i zdmuchnęłam włosy wpadające mi do oczu. Po nie tak łatwym dniu w końcu poczułam rozluźnienie i postanowiłam póki co nie przejmować się zbytnio Jackiem. W końcu i tak miałam z nim nieustanny kontakt, więc kontrolowałam sytuację na bieżąco. Wielka Gra stawiała nas wszystkich w niepoprawnych sytuacjach – na przykład dzisiaj rankiem na plaży, kiedy Irwin musiał posmarować moje plecy olejkiem, a ja czułam się wyjątkowo niezręcznie i mogłam jedynie oprzeć głowę o kolana i czekać, aż skończy – także zapewne tylko wyolbrzymiałam. Nie było potrzeby niepokoić Emily, a na pewno nie do czasu, kiedy doradzę się Lory.
Choć wszystko w ośrodku wydawało się ociekać nowością, drewniane schodki przy wejściu na podwyższenie zaskrzypiały, kiedy wchodziła po nich Johannes. Kobieta miała włosy spięte w wymyślnego koka, ale jej strój przeczył tej elegancji. Szeroka spódnica, długa do kostek, zamiatała powietrze szarpanymi ruchami. Od razu można było zauważyć, że energia pani Marii nie brała się znikąd; nasza mentorka była wyraźnie podekscytowana i, nie zwlekając, stanęła na środku, by przekazać nam wieści.
-  Witajcie, moi kochani! – Odpowiedziały jej ciche pomruki przywitań. – Mam nadzieję, że bawicie się odpowiednio dobrze, a wasze zdolności są szlifowane niczym diament. Jako wasz jubiler, zastrzegłam sobie prawo do oceny poziomu, na jakim się znajdujecie i właśnie w tym celu zwołałam dzisiejsze spotkanie. No, i chciałam jeszcze przekazać, że niestety nie mam wpływu na kostiumy naszych uroczych kelnerek i od kogokolwiek ta prośba wyszła, nie zmienią się one na „bardziej apetyczne”. – Kilka osób rozejrzało się wokoło, a grupka chłopaków z Tomem na czele zaczęła się wzajemnie przekrzykiwać i szturchać. – Tak, wiem, że to niezwykle ważna sprawa, ale przejdźmy teraz do tego, co nas dotyczy. Czeka was test. I nie bójcie się, nie będziecie musieli pisać epopei na temat zmarłego zwierzaczka swoich partnerów. Przeprowadzimy coś na zasadzie symulacji. Inne otoczenie, wyjątkowa okazja, a w centrum tego wy jako para, której każdy krok podlega ocenie. Podzieliłam was na cztery bloki; każdy z nich przeżyje swój wielki dzień w innym terminie. Wyznaczyłam też kilka osób, które pomogą mi wszystko nadzorować i oceniać, oczywiście w czasie, kiedy same nie przechodzą właśnie egzaminu. Jako że czas nieustannie przelewa się przez naczynie zwane życiem, zaczynamy już jutro. Rozpiskę znajdziecie przy drzwiach wejściowych. I nie ma się czym martwić — w gruncie rzeczy macie zachowywać się tak jak do tej pory, po prostu znajdziecie się tymczasowo pod pilniejszym ostrzałem spojrzeń. Ale kto by się tym przejmował, kiedy będzie przebywał w takim wspaniałym miejscu jak wesołe miasteczko? – Kobieta mrugnęła do nas. – Wyjeżdżamy po obiedzie, a powrót planowany jest na godziny wieczorne. Sam test będzie trwał cztery godziny. O wynikach porozmawiamy na osobności następnego dnia. Chciałam powiedzieć coś jeszcze… Ach tak, pamiętajcie o dobrej zabawie!
Kobieta zeszła ze sceny i wszyscy zaczęli podnosić się na nogi. Stanęłam naprzeciwko Irwina, a ten poruszył brwiami w sposób mający zapewne być zabawnym.
– Szykuje się ciekawy dzień, co? – powiedział sugestywnym tonem.

~..~..~

Ludzie zaczęli wypadać z autobusu w tempie porównywalnym do piłeczek pingpongowych wyrzucanych przez robota. Nasz kierowca zaparkował odrobinę dalej, dlatego musieliśmy przejść długość jednej ulicy, aby znaleźć się przed bramą, nad którą rozciągał się szyld o kolorze zgniłej zieleni z namalowanymi na nim dużymi, białymi literami układającymi się w hasło „Witamy w krainie zabawy”. Zamiast zwykłych kropek nad literami „i” widniały rysunki kolorowych balonów. Całość wyglądała odrobinę tandetnie, ale idealnie pasowała do widocznych dalej atrakcji. Na tle szarego nieba odcinał się okrąg diabelskiego młynu, mogącego się pochwalić naprawdę pokaźnymi rozmiarami. W otoczeniu chmur, falistymi ruchami płynęły tory piekielnego rollercoastera, który od razu został wykluczony z moje listy atrakcji. Nie skończyłam nawet dwudziestki, dlatego stwierdzenie, że na zawał serca mam jeszcze czas, uznałam za jak najbardziej trafne. Widać było też kilka pomniejszych kolejek, niektórych nie mniej przerażających od swoich olbrzymich kuzynów. Tańczyły one swój nieustający taniec, wirując w towarzystwie rozbrzmiewającej zewsząd muzyki. Poszczególne utwory zlały się w jeden poemat, z którego wybijał się głos spikera, przesycony entuzjazmem i gwarantujący wieczór wspaniałej zabawy.
Stojący obok mnie Ashton zagwizdał przeciągle. Przeniosłam na niego wzrok i zsunęłam swoje okulary przeciwsłoneczne na nos.
– Co ty na to, by podążyć żółtą drogą? – zapytał, wyciągając w moją stronę dłoń.
Spojrzałam na chodnik, którego fragmenty, wybrukowane gdzieniegdzie żółtą kostką, tworzyły ścieżkę wiodącą w głąb wesołego miasteczka. Większość naszej grupy od razu rzuciła się w objęcia lunaparku, pewnie nawet nie dostrzegając tego barwnego akcentu. Rozejrzałam się wokół, wiedząc, że muszę przestać myśleć o uśmiechającym się tuż obok Andym i Katlyn znikającej za rogiem z Caroline pod ręką. Musiałam ten dzień w pełni poświęcić Irwinowi. Zostawić wszystko za sobą i dać się poprowadzić żółtą drogą, niezależnie od tego, gdzie ona nas zabierze. W końcu był to nasz test.
– Mam nadzieję, że nie pokładasz nadziei na sukces w czarnoksiężniku* – odparłam, splatając palce z jego.
– Nie, sukces zapewnimy sobie sami.
Poczułam, jak chłopak przyciąga mnie bliżej. Spojrzałam w jego twarz i uśmiechnęłam się, chcąc potwierdzić tym wypowiedziane przez niego słowa.

~..~..~

Po krótkiej, acz szalonej jeździe elektrycznymi samochodzikami, podczas której Irwin zaklinał mnie, bym nigdy nie robiła prawa jazdy, podeszliśmy do stoiska z watą cukrową. Choć była to udawana randka, nie musiałam nawet prosić o różową watę w rozmiarze L, a już miałam ją w rękach. Nie wypadało mi kolejny raz powtarzać, że nie jestem w stanie jej zjeść, więc po prostu co drugą porcją wziętą do ręki wpychałam do ust Irwinowi, szczerząc przy tym zęby w szczerym uśmiechu. Naprawdę zabawnie karmiło się kogoś chmurą cukru, która za cel egzystencji wybrała sobie wybrudzenie wszystkiego wokół. Co prawda gdyby nie krany i sprawdzające nas osoby spotykane na każdym rogu, Ashton pewnie miałby większe trudności z utrzymaniem sympatycznego wyrazu twarzy, ale i tak cieszyłam się chwilami, w których pozwalałam sobie myśleć, że mam wszystko pod kontrolą. Zanim dotarliśmy na strzelnicę, patyk od waty wylądował w koszu, a nasze ręce znów lśniły czystością. Mogłam więc w stanie pełnej gotowości przystąpić do zestrzeliwania puszek ułożonych w srebrne piramidki. Po kilkunastu minutach, mimo iż los próbował pokazać mi, że nie jest to moja specjalność, ja kolejny raz wyłożyłam żetony, które otrzymaliśmy na wstępie, i podjęłam następną próbę.
– Nie jestem matematycznym geniuszem, ale według wszelkich zasad prawdopodobieństwa powinnaś już trafić – oznajmił Irwin.
Obrzuciłam go krytycznym spojrzeniem, by następnie odwrócić się z powrotem i nacisnąć na spust po raz ostatni. Poczułam, jak za sprawą siły odrzutu wiatrówka wbija się w moje ramię. Pocisk przeleciał tuż obok górnej krawędzi piramidy. Zrezygnowana wyciągnęłam strzelbę w kierunku brodatego właściciela budki, który, byłam pewna, niezmiernie cieszył się z mojego braku talentu.
 – Możesz spróbować sam, skoro tak się na tym znasz – zwróciłam się do Ashtona, a ten wzruszył ramionami i zajął moje miejsce.
Dostał do rąk naładowaną broń, ale zamiast od razu strzelać, zważył ją w dłoni i poświęcił chwilę na ustawienie się. Obserwowałam pracę jego mięśni, kiedy pochylił się i starannie wymierzył. Pocisk ze świstem przeleciał tuż obok lewego krańca celu. Drobny uśmieszek wpełzł na moje usta. Jakby to wyczuwając, Irwin przeniósł na mnie spojrzenie i bezgłośnie powiedział „nie martw się”. Skorygował odrobinę swoje położenie, po czym oddał kolejny strzał. Trafił niemal w środek piramidy, tak że kilka puszek z trzaskiem upadło na kremowy blat.
– Sądzę, że możesz zacząć zastanawiać się nad wyborem pluszaka. Z trzeciego rzędu, tak obstawiam.
Podeszłam bliżej, by przejechać wzrokiem po maskotkach mniejszych gabarytów. Oparłam łokieć o ladę, a głowę o dłoń i przygryzłam wargi. Skupiłam spojrzenie na blondynie.
– Ta panda jest słodka – zauważyłam.
Chłopak nacisnął spust, ale spudłował. Ciche przekleństwo wyrwało się z jego ust. Nie zwlekał jednak i po chwili oddał trzy kolejne trafne strzały, pozostawiając stojące jedynie dwie puszki. Biorąc pod uwagę ilość zrzuconych, był to naprawdę dobry wynik. Mężczyzna rezydujący w strzelnicy podał nam więc wybranego pluszaka, jedynie mrucząc pod nosem ciche gratulacje, i ruszyliśmy dalej.
– Faktycznie nie poszło ci tak źle – przyznałam.
– Tobie też by tak nie szło, ale lufa była skrzywiona – odszepnął Irwin. – Zapewne umyślnie.
Wydałam z siebie pomruk zaskoczenia. Choć czego można się było spodziewać po zabawach w wesołym miasteczku?
– Kanciarz nie postarał się zbytnio. Można to było łatwo zauważyć, jeśli tylko miało się wcześniej kontakt z taką bronią. Kiedy byłem młodszy, ojciec czasem zabierał mnie na polowania. Ja… nie jeżdżę z nim już od dłuższego czasu, ale mimo to nadal wyczułem różnicę. – Ton głosu Ashtona był miarowy, ale wzrok biegał po zapalających się wokół kolorowych światłach. – Naprawdę się nie postarał, by chociaż zachować pozory.
Powoli pokiwałam głową, także lustrując wzrokiem otoczenie. Nasz czas płynął powoli, ale jednak nieustannie zbliżał się do końca, a żółta droga wciąż prowadziła nas przed siebie.

~..~..~

Przestępowałam z nogi na nogę, obserwując, jak tłum ludzi przed nami coraz bardziej się przerzedza. Każda osoba znikająca za stalowymi barierkami przybliżała mnie do własnej śmierci, na którą sama się zgodziłam. Będąc już bliżej potężnej maszyny i wiedząc, że za chwilę przyjdzie kolej na mnie, by do niej wsiąść i dać się porwać w przestworza, miałam ochotę wykonać taktyczny zwrot na pięcie i ukryć się gdzieś w otoczeniu bajecznych jednorożców, których wygodne siodła nie groziły zawałem serca ani upadkiem z wysokości. Powstrzymywała mnie jednak ręka na mojej talii i fakt, że przystałam na ten pomysł, bo Irwin faktycznie zasłużył na to, by po całym dniu, kiedy bez dyskusji zgadzał się robić to, co powinniśmy… i to, czego ja chciałam, dostać przejażdżkę na upragnionym przez niego rollercoasterze. W końcu mimo iż wciąż był niezwykle sarkastycznym oraz irytującym towarzyszem, wypełnianie zadania szło nam bardzo dobrze i nie mogłam przypisać sobie wszystkich zasług. I choć wewnętrznie nad tym płakałam, a zewnętrznie zaczynałam się trząść, twardo postanowiłam odbyć ostatnią dzisiaj przejażdżkę właśnie tutaj.
Tłum przesunął się jeszcze bardziej do przodu i wiedziałam, że nasza kolej będzie już w następnej turze. Aby odwrócić swoją uwagę, rozejrzałam się wokół. Wesołe miasteczko wyglądało teraz naprawdę niezwykle. Zapalono już wszystkie światła, a w ciemne, nocne niebo wystrzeliwały kolorowe lasery. Muzyka była jeszcze głośniejsza niż wcześniej; wypełniała swoim mocnym biciem mój żołądek i uzupełniała szum krwi w uszach. Gdzie nie spojrzałam, widziałam błyszczące refleksy i uśmiechy mijających mnie osób. I nagle jeden uśmiech szczególnie przykuł moją uwagę; uśmiech i machająca ręka.
Annabeth dostrzegła moje spojrzenie i coś powiedziała. Z powodu głośnej muzyki zarejestrowałam tylko ruch jej warg, więc zrezygnowana pokręciła głową i podbiegła bliżej.
– Czas wolny – zakomunikowała. – Mamy – spojrzała na złoty zegarek na ręce – jeszcze pół godziny, ale test się skończył. Przekażcie innym, jeśli ich spotkacie.
Światła zmieniły swój kolor z niebieskiego na czerwony, a dziewczyna ruszyła chodnikiem dalej.
Spojrzałam na Ashtona, który natychmiast odwzajemnił mój wzrok. W dokładnie tej samej sekundzie odsunęliśmy się od siebie, pozostawiając pomiędzy naszymi ciałami odpowiednią przestrzeń, która w dziwny sposób wypełniła się niezręcznością. Moje oczy powędrowały w lewą stronę, gdzie wężyk tworzący kolejkę miał swój koniec.
– Nawet o tym nie myśl, Hood.
Zrezygnowana wróciłam wzrokiem do blondyna, który patrzył na mnie z rozbawieniem.
– O czym mam nie myśleć?
– Nie zrezygnujesz z przejażdżki. Nie po to staliśmy tu kilkanaście minut, żeby teraz odpaść.
– Stałam tu kilkanaście minut, bo musiałam – zauważyłam.
– Dokładnie, więc teraz zbierzesz zasiane twym niesamowitym trudem i wytrwałością plony.
Przewróciłam oczami, ale nie ruszyłam się z miejsca. Skoro już powiedziałam, że będę mu towarzyszyć na tym głupim rollercoasterze, nie zamierzałam teraz wymięknąć. Wyprostowałam plecy i wzięłam głębszy oddech. To była tylko przejażdżka i nie musiała skończyć się katastrofą.
W końcu wagoniki z przeciągłym piskiem zatrzymały się przed nami. Ludzie wysiedli z nich i udali się zejściem w drugą stronę – większość z nich nie wyglądała jakby była po zawale serca, ale moje już teraz waliło jak oszalałe.
– Od dziecka bałam się takich kolejek.
Nie zdawałam sobie sprawy, że powiedziałam to zdanie na głos, dopóki Irwin nie poklepał mnie niezręcznie po plecach i nie mruknął, że wejdzie w takim razie pierwszy. Jakby miało to cokolwiek dać. Nie marudząc już jednak, zajęłam drugie miejsce i rozejrzałam się dookoła. Kilka siedzeń za nami sadowili się Jacob z Liv. Maszyna, odnowiona czerwoną farbą, która nie zdołała przykryć wszystkich śladów starości, była praktycznie cała wypełniona. Kontrolerzy sprawnie zebrali od wszystkich żetony, jakby nawet oni zaprzysięgli się przeciwko mnie i postanowili przyspieszyć moment zguby. Z drugiej strony wiedziałam, że im szybciej ma się coś za sobą, tym w niektórych sytuacjach lepiej. Tym razem czas zdecydowanie nie sprzyjał podstawce pod łokieć, na której moje palce wystukiwały niespokojny rytm z taką intensywnością, że zaczęłam się zastanawiać, czy będzie mnie stać na pokrycie kosztów, jeśli wybiję w skóropodobnym materiale dziurę. W końcu jednak metalowe zabezpieczenia opadły w dół. Wiedziałam, że powinno to sprawić, iż poczuję się bezpieczniej, ale irracjonalny strach w głębi mnie jeszcze bardziej wzrósł.


~..~..~

*odwołanie do Czarnoksiężnika z Krainy Oz (tak szczerze to nigdy nie widziałam tego filmu ani nie czytałam książki, ale mi pasowało, więc jest)


Dzień dobry, stokrotki, jak się macie?
Co mi powiecie o długości rozdziałów? Wolicie czytać dłuższe czy krótsze? Oczywiście mówimy tu o formie 2k lub 3k słów, bo ostatnio mniej więcej pomiędzy tymi wartościami mam dylemat. Zdradzając tajemnicę, powiem, że ten rozdział miał mieć jeszcze 700 słów, ale przerzuciłam je do następnego... Więc wiecie, może uda mi się go napisać szybciej! (tak, też średnio sobie wierzę, ale nie traćmy nadziei)
Możecie też zauważyć małe zmiany rozdziały w końcu mają tytuły, które tworzą swoistą playlistę. Z danej piosenek są też cytaty na początku.
Buziaki xx