wtorek, 1 grudnia 2015

7. Supposed to Be


I look to the skyline and said
How many falls until I fly
Look to the old times I said
How many roads until I find


Wjechaliśmy przez bramę. Na małym, betonowym parkingu nie stało zbyt wiele pojazdów. Gdy tylko Ashton zaparkował, odpięłam pasy i wyszłam na zewnątrz. Tym razem to chłopak się ociągał i, czekając obok samochodu, zlustrowałam otoczenie. W świetle nielicznych latarni nie było widać zbyt wiele, ale przed nami znajdował się długi i wąski, dwupiętrowy budynek. Większość jego okien tonęła w mroku, jednak w centralnej części wciąż paliły się światła. Recepcja, orzekłam w myślach.
Blondyn wyciągnął moją walizkę z bagażnika. W normalnych okolicznościach zapewne uznałabym to za miły gest, ale to był Irwin, który w dodatku nie zaszczycił mnie spojrzeniem od dworca. Zachowywał się, jakby wszystko to zostało mu odgórnie zlecone i wykonywał tylko nieprzyjemny obowiązek. Cóż, sytuacja tak zapewne wyglądała. Czując się nieswojo i nie chcąc więcej pomocy od chłopaka, wyciągnęłam rękę po swój bagaż, który ten bez oporów mi oddał. Przez chwilę chciałam podziękować, ale ugryzłam się w język.
– Chodź – powiedział Ashton, odwróciwszy się i ruszywszy w kierunku budynku.
Poczułam się odrobinę raźniej. Chłopak nie zagaił rozmowy, ale to był plus, prawda? Nasze konwersacje polegały jedynie na obrzucaniu się obelgami, więc milczenie z jego strony powinnam odczytać jako błogosławieństwo. Można by pomyśleć, że spokojne zachowanie nie pasowało do Irwina... Widocznie jednak fakt, że podążałam za nim jak zabłąkana owieczka, wystarczająco podbudowywał jego ego.
Po chwili weszliśmy do środka, ale przestronne pomieszczenie było puste. Blondyn bez wahania skierował się w lewy korytarz, a ja, z pewnym opóźnieniem, rozglądając się wokół, podążyłam za nim. Jasne ściany ozdobione były obrazami. Pod dwoma z nich stały sofy z zielonym obiciem, a obok postawione były abażurowe lampy. Wkrótce, w miarę jak zagłębiłam się w korytarz, stojąca przeciwlegle do wejściowych drzwi wysepka z recepcją zniknęła mi z oczu, a my weszliśmy do sali.
Jej jedną ścianę pokrywały okna, skąd widać było rozległy teren ośrodka. Przede mną z ciemności wynurzały się małe, drewniane domki. Z niektórych wydobywało się przygaszone przez zasłony światło, ale większość spowijał mrok – było późno, a po długiej podróży miało się ochotę jedynie na sen. Z lewej strony budynki ograniczał las, a wysokie sosny gdzieniegdzie wkradły się też pomiędzy chatki. Pas domów ciągnął się do przodu, aż poza zasięg mojego wzroku. Blask stojących przy brukowanej ścieżce latarni odbijał się w tafli jeziora, które zajmowało prawą część widnokręgu. Z jego drugiej strony także z pewnością znajdowały się rzędy domków.
Cały ten krajobraz, migoczący światłem wśród nocy, wywierał naprawdę spore wrażenie – tak spore, że początkowo nie zauważyłam pani Johannes. Kobieta siedziała na kanapie pod ścianą, skąd podniosła się na nasz widok.
– Amy, słońce, w końcu jesteś!
– Dzień dobry – uśmiechnęłam się w jej stronę.
– Powinnaś raczej powiedzieć "dobry wieczór". Jak mogłaś zapomnieć o pociągu? – zganiła mnie, kręcąc głową, ale na jej twarzy gościł uśmiech.
Rąbek mojej dżinsowej kurtki prześlizgiwał mi się między palcami, podczas gdy otworzyłam usta, żeby się wytłumaczyć. Nauczycielka jednak zbyła to machnięciem ręki. Przeniosła spojrzenie na stojącego obok Irwina, który przypatrywał się całej sytuacji.
– Dziękuję, Ashtonie.
Blondyn kiwnął głową. Zaczęłam zastanawiać się, jak poruszyć sprawę jego obecności tutaj. Przecież to było najmniej oczekiwaną – i najmniej pożądaną – przeze mnie rzeczą! Nadal nie miałam pojęcia, jak mogło do tego dojść. Chłopak ukończył już szkołę. Co prawda niektórzy absolwenci z naszej grupy teatralnej udali się na obóz, choć było takich niewielu. To było szkolne koło teatralne i uczęszczali na nie tylko uczniowie, więc Irwin nie mógł się na nie nagle zapisać, chociażby właśnie ze względów formalnych.
– Mógłbyś zanieść walizkę Amelii do pokoju? – poprosiła pani Johannes.
Spojrzałam na nich z uwagą. Chłopak westchnął, ale nie protestował. Coraz więcej rzeczy wskazywało na to, że jest tu, by służyć pomocą. Sprawa odrobinę się rozjaśniła, ale nadal nie wiedziałam, jak do tego doszło.
– Mogę to zrobić sama – zaoponowałam.
– Na ciebie czeka kolacja. Musimy też omówić kilka spraw... więc Ashton cię wyręczy – wyjaśniła Johannes spokojnym tonem.
Nie protestowałam więcej. Chłopak wyciągnął rękę w moją stroną i podałam mu walizkę.
– Który pokój? – zapytał, a na jego twarzy czaił się zagadkowy uśmiech.
– Mamy tylko jeden wolny – odparła Johannes z dziwnym naciskiem w głosie – brzmiało to tak, jakby chciała jak najszybciej zakończyć ten temat.
Zaraz po wypowiedzeniu tych słów, usta Ashtona rozszerzyły się w ogromnym uśmiechu. Z konsternacją obserwowałam, jak jego twarz promienieje. Widziałam, że ostatnimi siłami powstrzymywał się od roześmiania się. Jego oczy błyszczały, a włosy mieniły się odcieniami złota od padającego na nie światła, podczas gdy potrząsał głową. Patrzyłam na to, jak zwykle czując się zagubiona. Nigdy nie wiedziałam, czego się spodziewać, gdy byłam w jego towarzystwie. Nie znałam motywów jego postępowania ani nie miałam pojęcia, do czego zmierza. Pojawiało się to niesamowicie denerwujące uczucie, powodujące dziwne napięcie w mojej klatce piersiowej, i nie wiedziałam, co zrobić, żeby się go pozbyć. Tym razem, zanim zdążyłam zapytać, co jest w tym takiego śmiesznego, uprzedziła mnie Johannes.
– Panie Irwin – powiedziała jednym ze swoich najbardziej karcących tonów.
Chłopak wciąż kręcił głową i widziałam, jak z trudem przychodzi mu przybranie opanowanego wyrazu twarzy. Nie mogłam powstrzymać cisnącego mi się na usta pytania.
– O co chodzi?
Jego reakcja niewątpliwie dotyczyła sprawy mojego przyszłego pokoju, więc miałam prawo wiedzieć, co go rozbawiło, tak? Jeśli miałam się właśnie dowiedzieć, że jedynym pozostałym dla mnie miejscem jest jakiś barak... Wolałabym mieć to z głowy.
Iwin spojrzał na mnie, a w jego wzroku czaiła się niespotykana przenikliwość. Było tak, jakby próbował ocenić moją reakcję na rewelacje i dokonywał wnikliwej analizy. W jego oczach widać było nieodpędzone rozbawienie i ciekawość. Patrzył, niepewny, co zrobię, ale także... niecierpliwie wyczekujący tej reakcji. Odwzajemniłam spojrzenie, dając mu do zrozumienia, że przyjmuję wyzwanie. Cokolwiek było powodem jego kolejnych kpin, chciałam wiedzieć.
Kącik jego ust uniósł się w krzywym uśmiechu. Sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego moją odpowiedzią. Teraz tylko musiał mi wyjaśnić, o co chodzi...
– Poprosiłam pana o coś, panie Irwin – powietrze przeciął ostry głos Johannes.
Jakby wytrącona z transu, przerzuciłam wzrok na nauczycielkę. Nasza mała bitwa na spojrzenia sprawiła, że praktycznie zapomniałam o jej obecności. Przez chwilę byłam świadoma tylko wyzwania w oczach chłopaka i obecnej tam obietnicy wyjaśnień.
A teraz blondyn wyprostował plecy, chwycił walizkę i minął mnie, zezując na panią Marię.
– Oczywiście. Życzę powodzenia. Na pewno będzie to bardzo... ciekawa rozmowa.
Pani Johannes uniosła brwi i odprowadziła Ashtona wzrokiem. Ja też obserwowałam oddalające się plecy chłopaka, dobrze wiedząc, że na jego twarzy gości teraz ten irytujący, szelmowski wyraz. Pożegnał się uprzejmym tonem, ale gdzieś tam wciąż czaiła się złośliwa wesołość.
Chłopak wyszedł z pomieszczenia. Kątem oka widziałam, jak pani Maria kręci głową i wzdycha. Nie zmieniając swojej pozycji, analizowałam kroki, które powinnam podjąć. Zarzucenie nauczycielki pytaniami odpadało, choć w mojej głowie nagromadziło się ich teraz naprawdę sporo. Musiałam jeszcze chwilę poczekać na wyjaśnienia. Johannes bez dwóch zdań nie chciała, żeby Irwin podzielił się ze mną wiadomościami. Ufałam jednak temu, że sama objaśni mi wszystko, gdy uzna za stosowne. A do tego czasu, będę musiała zagrać według jej nut.
– Ashton ma naprawdę niespotykane poczucie humoru – powiedziała po chwili dziarskim tonem. – Jak na razie w naszej kompetencji jest jednak zjedzenie porządnej kolacji. Chodź za mną, Amy.
Skierowałyśmy się do bocznych drzwi, a po chwili stałyśmy w obszernej stołówce. Zapalone były jedynie lampy najbliżej nas. Reszta pomieszczenia tonęła w półmroku, z którego wyłaniały się ostre kontury licznych stołów i krzeseł. Przed nami znajdował się jeden zastawiony stolik, do którego Johannes niezwłocznie podeszła. Usiadła, odgarniając swój długi szal do tyłu, i spojrzała na mnie wyczekująco.
– Przepraszam, nie wiem, jak to się mogło stać – powiedziałam po zajęciu miejsca naprzeciwko nauczycielki. Wiedziałam, że nie oczekiwała kolejnych przeprosin, ale widok koszyka z chlebem i licznych słoików wokół spowodował, że poczułam się niezmiernie głupio. – To wszystko... musiało kosztować tyle trudu...
– Wszystko w porządku, dziecko – pani Maria posłała mi pocieszający uśmiech. – Proponuję przestać się tym przejmować i zacząć cieszyć posiłkiem. Ja w tym czasie wyjaśnię ci nieco spraw.
Kiwnęłam głową i sięgnęłam po pieczywo. Smarowałam kromkę masłem, gdy kobieta odchyliła się na krześle i zaczęła swój wywód.
– Wcale nie chcę zaczynać od tych nieprzyjemnych dla ciebie kwestii, ale zapewne one najbardziej nie dają ci spokoju. Przypuszczalnie zastanawiasz się, co tutaj robi pan Irwin. – Kolejny raz przytaknęłam, przenosząc uwagę z chleba na nauczycielkę. Ta jednak gestem wskazała mi kanapkę, więc mechanicznie kontynuowałam jedzenie, skupiając całą uwagę na oczekiwanych wyjaśnieniach. – Jego postępek był karygodny. Właśnie ty możesz całkowicie dostrzec efekty tej dziecinnej błazenady, którą nas uraczył. Przychodzenia na szkolne przedstawienie w takim stanie może już zszargać wizerunek całej instytucji, a jego dalsze nieodpowiedzialne zachowanie... Miałam pełne prawo wyrzucić go ze szkoły – oznajmiła surowym tonem, po czym z uwagą spojrzała mi w oczy – ale postanowiłam dać mu ultimatum. Przecież koniec ostatniej klasy to nie najlepszy czas na przedwczesne pożegnania, prawda? Nie jestem osobą bez serca. Jednak jego kara musiała być adekwatna do uczynku.
Pani Johannes pozwoliła tym słowom wybrzmieć i dała mi chwilę na przygotowanie kolejnej kanapki. Wcale nie miałam ochoty jeść, ale zrozumiałam, że była to moja cena za informacje.
– Zawinił nam, więc nam też musi odpokutować. Co mi z jego prac społecznych w miejskich parkach? – Kobieta pokręciła głową. – Nie, on powinien naprawiać szkody, tam gdzie je wyrządził. A jedyną do tego okazją, powiedziałabym, że nawet idealną, jest ten obóz.
To rozumowanie miało sens. Co nie znaczyło, że podobał mi się fakt obecności Irwina na moich wakacjach.
Nie byłam też zbyt przekonana o tym, czy jego wkład w działalność naszej grupy teatralnej może być w jakikolwiek sposób korzystny.
– Jest pani pewna tego, że jego obecność nie spowoduje raczej kolejnych problemów? – Skrzywiłam się.
– Och, Ashton jest w pełni świadomy konsekwencji, jakie by go za to czekały. – Johannes oznajmiła z pewnym prawdziwości swoich słów, zadowolonym uśmiechem. – Poza tym, już teraz nam się przydał. Jak dotarłabyś do ośrodka, gdyby nie on? Ja przecież nie mogę opuścić tych wszystkich dzieciaków. – Machnęła ręką wokół ręką.
Nie powstrzymałam grymasu pojawiającego mi się na twarzy.
– Czyli powinnam mu być wdzięczna, tak? – podsumowałam cierpkim tonem.
Johannes westchnęła i posłała mi przeciągłe spojrzenie zza okularów.
– Amy, wiem, jak bardzo zależało ci na tym przedstawieniu. Włożyłaś w nie tyle pracy... Jeśli jednak myślisz, że w ten jeden wieczór zaprzepaściłaś swoją szansę na dostanie się do wymarzonej szkoły, to definitywnie się mylisz. Masz przed sobą jeszcze cały rok! Tak, prawda, teraz nie wypadłaś zbyt dobrze, choć nie była to twoja wina... Ale zapewniam cię, że będzie mnóstwo okazji do pokazania się w dobrym świetle. I mówiąc to, nie zabraniam ci obwiniać Ashtona za tamto niepowodzenie – pani Maria wyjaśniała spokojnie, podczas gdy ja przekładałam szklankę z kakaem z ręki do ręki – ale chowanie głębszej urazy nie ma sensu. Amy, potrzebujesz odłożyć swoje uprzedzenia na bok. W innym wypadku te trzy tygodnie będą naprawdę ciężkie, bo obawiam się, że często będziesz skazana na towarzystwo pana Irwina.
Podniosłam wzrok z napoju na twarz nauczycielki.
– Ja nie chcę... i nie mam zamiaru... zmieniać mojej opinii o Irwinie.
Powiedziawszy to jednym ze swoich najbardziej upartych tonów, poczułam się dziecinnie, ale postawiłam sobie za cel przedstawienie sprawy jasno. Nie chciałam, by ktokolwiek narzucał mi sposób myślenia na temat tak ważnego dla mnie wydarzenia. Niektórym mogłabym wydawać się histeryczką, ale to było moje marzenie, coś, czemu zamierzałam poświęcić życie. Nic trywialnego, nic banalnego, żadna błahostka.
– To zrozumiałe. Chcę jednak, żebyś zachowywała się dojrzale.
Johannes uderzyła dokładnie w czuł punkt. Takie stwierdzenie musiało zmusić mnie do chwili refleksji. Po kilku sekundach powoli pokiwałam głową. Oczywiście. To nie był problem. Ja sama nie zamierzałam zrobić z tego obozu piekła. Gdy się nad tym dłużej zastanowiłam, sama obecność Irwina nie musiała być tragiczna. Nie lubiłam go, ale w taki sam sposób nie cierpiałam Caroline, a jej pobyt tutaj był nieunikniony. Będę po prostu ignorować tą dwójkę.
Skończyłam posiłek i podniosłyśmy się z miejsc. Zarzuciłam na ramię plecaczek i zaczekałam, aż nauczycielka opuści salę, po czym ruszyłam za nią. Przeszłyśmy przez recepcję i już po chwili znalazłyśmy się pod gwieździstym niebem. Powietrze było przyjemnie chłodne, co moje ciało, po tygodniu upałów, przyjęło z wdzięcznością. Słychać było szelest liści i odległy szum morza. Pożałowałam, że nie mogę znaleźć się na plaży i stanąć naprzeciwko ogromu wody, po prostu ciesząc się bryzą delikatnie owiewającą ciało czy rozkoszując piaskiem przesypującym między palcami. Z drugiej strony, wygodne łóżko wcale nie było złe.
A przynajmniej nie wydawało się takie, dopóki Johannes nie podjęła rozmowy na jego temat, powodując, że rozluźnienie odpłynęło z mojego ciała do jakiejś bardzo, bardzo odległej krainy.
– Nie było cię tu podczas rozdziału pokoi i mam nadzieję, że wybaczysz fakt, że troszkę o tobie zapomnieliśmy – zaczęła.
Natychmiast przypomniałam sobie o wątpliwościach, które osnuły kwestię mojego zakwaterowania zaraz po przyjeździe. Spojrzałam na kobietę z dozą obawy, ale i zaciekawienia.
– W gruncie rzeczy ilość pokoi, którą dysponowaliśmy, była ściśle określona i dbałam, by ta lista była bezzwłocznie aktualizowana. Kwestię dopasowania się w komplety zostawiłam, rzecz jasna, wam. W zwyczajowym zamieszaniu, które zapanowało zaraz po przyjeździe, nikt jednak nie uwzględnił twoich obiekcji.
– A pokoje nie miały być jednoosobowe? – Przypomniałam sobie.
– Miały być i są – potwierdziła pani Maria.
Grupa teatralna przy planowaniu obozu może korzystać z pewnych benefitów, którymi był między innymi spory zarobek z wystawiania sztuk. Dzięki tej małej pomocy finansowej każdego było stać na wakacje na dość wysokim poziomie. Wybrany ośrodek nie był uosobieniem zbędnego luksusu, ale na pewno zapewniał komfort oraz możliwość swobodnej organizacji pracy. Mieliśmy do dyspozycji aulę. W dodatku nasze własne zasoby rekwizytów były uzupełnione przez te udostępnione przez placówkę. Osobne pokoje, dobrze wyposażone domki i cudowne umiejscowienie stanowiły fenomenalne połączenie.
Teraz jednak informacje podawane przez Johannes prowadziły mnie do sprzecznych wniosków. Jeśli miałam przypisany własny pokój, nie mogło być tak źle, a zachowanie nauczycielki na to wskazywało.
– Więc o co chodzi?
Kobieta zatrzymała się i stanęła przodem do mnie
– Domki składają się z dwóch lub trzech pokoi. Mają wspólny przedpokój oraz łazienkę i w istocie tylko te aspekty scalają ich mieszkańców – oznajmiła. – W gruncie rzeczy fakt, że będziesz dzieliła mieszkanie z Ashtonem, nie wpłynie zbytnio na wasze życie.
Otworzyłam usta i przez chwilę czułam się jak ryba pozbawiona wody. W końcu zaczerpnęłam duży haust powietrza, po czym obróciłam się i skierowałam wzrok do miejsca, w które wpatrywała się Johannes. Przede mną znalazł się mały drewniany domek, taki jak wszystkie wokół. Kilka schodków prowadziło na niewielką werandę. Na podeście dostrzegłam zarys ławki ukrytej wśród mroku nocy. Po dwóch stronach ciemnych drzwi znajdowały się okna. Jedynym, co odróżniało budynek od reszty szeregowców, była podświetlana tabliczka z numerem siedemnaście i stojący na podwyższeniu chłopak.
 

~..~..~


Jestem trochę spóźniona, rozdział jest krótki i nie za wiele się w nim dzieje. Korektę robiłam w zdecydowanie zbyt późnych godzinach, więc wybaczcie błędy (jak jakieś widzicie, to plis, zgłaszajcie). W dodatku teraz nie mam napisanego nic do przodu, więc nie zagwarantuję Wam poprawy w następnym. 
Mam nadzieję, że nikt nie ma ochoty zlinczować mnie za tak przewidywalne posunięcie jak wspólny domek xD Nigdy nie mówiłam, że stworzę tu oryginalne arcydzieło, ale mimo wszystko BĘDZIE FAJNIE, NAPRAWDĘ.
Idą święta i sama nie wiem, co to oznacza dla bloga. Więcej czy mniej czasu na pisanie? Cóż, pożyjemy, zobaczymy, a na razie ślę masę uścisków xx
+ naprawdę staram się przeczytać wszystkie Wasze blogi, ale telefon mi nie sprzyja, więc musicie trochę poczekać, aż wszystko nadrobię.

środa, 11 listopada 2015

6. Sleep on the Floor


Pack yourself a toothbrush dear
Pack yourself a favorite blouse
Take a withdrawal slip, take all of your savings out
Cause if we don't leave this town
We might never make it out
I was not born to drown, baby come on


– Niemożliwe, to niemożliwe... – mamrotałam do siebie, krążąc gorączkowo po pokoju.
Przemierzanie w kółko tej samej ścieżki z rękami założonymi na piersi i palcami nerwowo stukającymi o policzek nie polepszało mojej sytuacji. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i już po chwili klęczałam na podłodze, histerycznymi ruchami upychając ubrania w walizce.
Mój Boże, jak ja tam dotrę?
Ta myśl niespodziewanie we mnie uderzyła i natychmiast podniosłam się z posadzki. Szybkim krokiem wyszłam z pokoju i zbiegłam po schodach. Skierowałam się do gabinetu ojca. Otworzyłam drzwi i moja twarz wykrzywiła się w zirytowaniu. Ten człowiek spędzał tu całe życie, a akurat teraz go nie zastałam?
Moje nawoływania rozniosły się po całym domu i wkrótce otrzymałam odpowiedź dochodzącą z sypialni rodziców. Po chwili stanęłam przed tatą, który był właśnie w trakcie zawiązywania krawatu.
– Musisz zawieść mnie do Aningan Cape – oznajmiłam.
Mężczyzna rzucił mi nieuważne spojrzenie, po czym wrócił do siłowania się z garderobą.
– Ten obóz? Nie miałaś wyjechać jutro?
Zagryzłam wargi.
– Tak myślałam – powiedziałam wolno. – Ale byłam w błędzie.
Przyszykowałam się na nadchodzącą reprymendę. Już wiedziałam, jak doszło do tej pomyłki i nie uważałam tego za w pełni moją winę. Na naszej karcie meldunkowej faktycznie widniała jutrzejsza data. Widocznie tak miało początkowo być, a potem wprowadzono zmiany. Zapewne poinformowano nas o nich na ostatnim zebraniu. Tak, tym, podczas którego zajmowałam się kłótnią z Irwinem. Ja upewniłam się co do godziny odjazdu pociągu, a Katlyn, śpiesząc się na lekcję, nie poinformowała mnie o zmianie daty. Teraz cała moja grupa zmierzała na wymarzone wakacje, a ja stałam w pidżamie w pokoju taty, próbując go przekonać do zmiany swoich planów.
Ojciec skończył pojedynek z krawatem.
– Mam ważne spotkanie – oznajmił.– Nie masz się z kim udać na dworzec? Na pewno jakaś koleżanka może...
– Tylko – przerwałam mu – nikogo nie ma na dworcu. Oni już wyjechali.
W końcu udało mi się ściągnąć uwagę taty na moją osobę. Poprosił o wyjaśnienie, które starałam mu się przedstawić w jak najbardziej skróconej formie. Jego czoło marszczyło się wraz z opowieścią, co z kolei prowadziło do mojej rosnącej nerwowości.
– Nie mogę jechać pociągiem, bo nie dam rady dotrzeć ze stacji do kurortu – zakończyłam, a mój głos zdołał już osiągnąć płaczliwe brzmienie.
– Chyba nie myślisz, że damy radę zawieźć cię prosto do ośrodka? W dwie strony to kilkanaście godzin jazdy! – stwierdził kategorycznie ojciec.
– Świetnie. Więc jak mam tam trafić? – powiedziałam, nie mogąc wyprzeć z tych słów urazy.
Mężczyzna ruszył na korytarz. Podążyłam za nim, ignorując jego narzekanie i sprawdzając telefon. Katlyn zdążyła wysłać mi już kilka wiadomości.
"Co zrobisz, Amy?"
Gdybym tylko sama wiedziała.
"Pani Johannes chce wiedzieć, jak do nas dojedziesz."
Ja też.
"Amy, co zrobimy?"
Już miałam z irytacją odłożyć telefon, gdy moje spojrzenie zatrzymało się na następnej wiadomości.
"Zorganizowaliśmy ci transport z dworca do ośrodka! Napisz, o której przyjeżdża pociąg."
Odetchnęłam z ulgą i pospieszyłam za tatą. Nie wiem, co oni zdołali wymyślić, ale dzięki temu teraz miałam na głowie jedynie kupno biletu na ekspres i spakowanie walizek.
– O której wrócisz do domu? – zapytałam taty.
– Około szesnastej. O ile Bills nie będzie znów rozprawiał o przetargu na wodoodporne panele.
– W porządku – odparłam, sprawdziwszy rozkład jazdy. Następny pociąg miałam o 16.45. – Podrzucisz mnie na dworzec.
Tata przez chwilę patrzył na mnie z zastanowieniem, po czym pokiwał głową. Pobiegłam na górę, by dokończyć pakowanie.

~..~..~

Początek lipca był gwarancją długich dni. Siedziałam w pociągu już od kilku godzin, gdy w końcu nadszedł czas zachodu słońca. Niebo zaróżowiło się, a po chwili pomarańczowy blask osiadł jak pył na całym krajobrazie. Rozległe pola ubarwione były teraz wszelkimi odcieniami złota. Zboże falowało pod wpływem wiatru i jawiło się jako ocean płynnego, słonecznego topazu. Ciepło zdawało się przenikać przez szybę i spowijać wyblakłe siedzenia. Pejzaż za oknem szybko się zmieniał; mknęliśmy przez puste polany, by w końcu mijać mniejsze miejscowości i przecinać okazałe lasy, w których rozłożyste drzewa nie przepuszczały słońca. Po kilkudziesięciu minutach sceneria zaczęła stawać się coraz bardziej mroczna, cień powoli wypełzywał na kolejne obszary, aż w końcu za oknami zapanował zmierzch. Teraz z rzadka było w oddali widać miasteczka, małe oazy światła. Czas płynął, a mrok gęstniał. Otwarte okno wpuszczało do środka nagłe podmuchy powietrza, które rozwiewały moje jasne włosy. Wyjątkowo cieszyłam się tym przewiewem, zapewniającymi orzeźwienie w nieruchomym eterze przedziału. Gdy pojazd zaczął wtaczać się na odpowiednią stację, wstałam z westchnieniem. Wszystkie moje mięśnie były otępiałe, a poruszałam się tak, jakby moje ciało było wykonane z ciężkiego kamienia. Czekała mnie jeszcze droga do ośrodka, gdzie, mam nadzieję, szybko dostanę pokój i będę mogła zregenerować siły w wygodnym łóżku.
Z pewnym trudem wyciągnęłam walizkę z pociągu i z plecakiem na ramieniu ruszyłam do przodu. Musiałam prezentować sobą żałosny widok – zmęczona, cała wymięta po podróży i objuczona bagażami. Na szczęście gdzieś tu miał czekać ktoś wysłany z naszego kurortu. Walizka wydawała z siebie ciche "stuk, puk", podczas gdy ja rozglądałam się za... no właśnie, nie ustaliliśmy, kogo właściwie mam szukać. Być może była tu gdzieś pani Johannes albo Katlyn? Sięgnęłam do kieszeni w poszukiwaniu telefonu. Wolno wystukując wiadomość – starałam się utrzymać zarówno plecak jak i sporą walizkę w stanie względnej równowagi – szłam do przodu, aż nie zauważyłam kątem oka, że ktoś przede mną stoi. Podniosłam wzrok, przesuwając go po ciemnych dżinsach, opalonych rękach włożonych do kieszeni i podkoszulku na ramiączkach. Dotarłam do twarzy, dobrze mi już znanej, i chwilowo zastygłam.
Moje dłonie nie pisały już wiadomości, a nogi przestały poruszać się do przodu. Z rozchylonymi w osłupieniu ustami wpatrywałam się w osobę przede mną.
Dobry Boże, za co świat mnie tak każe?
Zamrugałam, jakby łudząc się, że mam przywidzenia, a miraże przed moimi oczami znikną. Może w ferworze tych wszystkich wydarzeń nabawiłam się paranoi? To byłoby zdecydowanie najlepsze wyjaśnienie dla faktu, że przed sobą widziałam Irwina.
Świetnie, wolę zwariować niż natknąć się na tego dupka.
W końcu zacisnęłam moje bezwiednie poruszające się usta, nakazując sobie spokój. W porządku, wszędzie go spotykam i nie wiem, czemu zawdzięczam ten zaszczyt, ale to jeszcze nie koniec świata. Chłopak spędza tu wakacje. W okolicy z pewnością jest wiele ośrodków, nie musiał zatrzymywać się akurat w moim. Na pewno nie zatrzymał się w tym samym miejscu. Wakacje nie są jeszcze stracone.
Odzyskałam nad sobą kontrolę. Ashton przypatrywał mi się z łobuzerskim uśmiechem, na który odpowiedziałam niechętnym grymasem. Nie będę się z nim kłócić na środku dworca. Chłopak otworzył usta. Nie będę się z nim kłócić.
– Długo jeszcze będziemy tak stać? – zapytał.
Rzuciłam mu przeciągłe spojrzenie. Wydawał się rozbawiony.
Po prostu powinnam go zignorować. Przejść obok. W końcu, wnioskując z zadanego pytania, oboje chcieliśmy się rozejść, prawda?
Postawiłam krok, potem kolejny. Już prawie go minęłam. Byłam za nim.
Chłopak złapał mnie za nadgarstek.
– Czego chcesz, Irwin? – powiedziałam, siląc się na spokój.
– Samochód w tamtą stronę.
Odrobinę zaskoczyłam się tymi słowami. Odwróciłam się w jego stronę i stanęliśmy ramię w ramię, twarzą w twarz. Jego brązowe oczy patrzyły w moje z wyzwaniem. Cały czas było w nich widać iskierki rozbawienia. Czemu? Czemu to powiedział? Wskazywało to na fakt, że wracamy razem. Ale to przecież niemożliwe...
– Co tu robisz? – zapytałam ostrożnie.
Było to zupełnie neutralne pytanie, lecz chłopak wybuchnął śmiechem. Odchylił przy tym głowę do tyłu, wciąż nie zwalniając uchwytu na mojej ręce. W końcu się opanował i uwolnił mój nadgarstek, by, jak się okazało, pochylić się przede mną w parodii ukłonu.
– Twój osobisty szofer, do usług – powiedział pompatycznie.
Prychnęłam i zrobiłam krok w tył.
– Pytam poważnie – oznajmiłam zniecierpliwiona.
– Odpowiadam poważnie.
– Irwin...
– Hood, rusz się, nie zamierzam tu stać całą noc.
Blondyn ruszył w kierunku zachodniego wyjścia. Nie widząc innej opcji, podążyłam za nim. Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi, ale wyciągnięcie pożytecznych informacji od tego idioty graniczyło z cudem.
Jeśli naprawdę to Johannes go po mnie wysłała, musiał być z nami na obozie. Tylko... to przecież nierealne. Co on by robił na naszym teatralnym obozie?
– Johannes... – zaczęłam, ale po chwili się zacięłam.
O co powinnam zapytać? I czy w ogóle powinnam się wdawać z nim w rozmowę? Na pewno nie miałam na to ochoty.
–...oskarży mnie o niecne uczynki, jeśli zaraz cię do niej nie przywiozę. – Chłopak dokończył moją wypowiedź.
Skrzywiłam się. Jego sugestia mi się nie spodobała, potwierdził też moje przypuszczenia. W coraz gorszym humorze zobaczyłam, jak wychodzi przez drzwi, które szybko odbiły się w drugą stronę. Zacisnęłam z irytacją zęby i popchnęłam je łokciem do przodu.
– Mógłbyś mi wytłumaczyć, o co chodzi?
Dogoniłam go, co było niezłym wyczynem, biorąc pod uwagę ciągniętą przeze mnie walizkę i jego długie nogi.
– Której części nie rozumiesz?
Przemierzaliśmy parking. Chłopak raz po raz skręcał w labiryncie pojazdów, a ja starałam się za nim nadążyć, jednocześnie nie rozbijając maski jakiegoś biednego samochodu.
– Tej związanej z tobą. Twoją obecnością – odparłam.
Blondyn wzruszył ramionami.
– Mam cię po prostu zawieść do ośrodka. Taki los czeka człowieka, jeśli jest jedyną osobą posiadającą prawo jazdy.
– Ale co robisz na moim obozie?
Świetnie, moje opanowanie ulatniało się z każdą chwilą. Co miałam poradzić na to, że Irwin był osobą wzbudzającą jedynie negatywne emocje, które często prowadziły do utraty kontroli nad sobą?
– Moim? Ho, ho, Hood, pohamuj się ze swoim egocentryzmem.
Chłopak zatrzymał się i prawie na niego wpadłam. Otworzył bagażnik stojącego obok samochodu, po czym sięgnął po moją walizkę. Zaborczo przyciągnęłam rączkę do siebie.
– Sądzisz, że tak po prostu wsiądę z tobą do tego samochodu? – zapytałam z niedowierzaniem.
Ashton wymamrotał coś pod nosem i sięgnął po mój bagaż. W tym samym momencie zadzwonił telefon, a na wyświetlaczu zamigotało : "Pani Johannes".
– Poczekaj – syknęłam do blondyna, odbierając połączenie.
– Amy, dojechałaś już? – Potwierdziłam i kobieta bezzwłocznie kontynuowała. – Wspaniale. Na dworcu powinien czekać na ciebie pan Irwin.
– Tak, już się spotkaliśmy – odparłam, obrzucając chłopaka nieprzychylnym spojrzeniem.
– Może to ci się zbytnio nie podoba, ale po prostu z nim pojedź, dobrze? – Johannes musiała usłyszeć niezadowolenie w moim głosie.
– Tak, tylko...
– Wyjaśnię ci wszystko, gdy się zobaczymy – przerwała mi, na co ciężko westchnęłam. – Czekam na ciebie, Amy.
Krótka konwersacja wcale nie rozwiała moich wątpliwości, ale wiedziałam, że teraz nie uda mi się niczego wyciągnąć od nauczycielki. Musiałam poczekać na rozmowę w cztery oczy, najlepiej z dala od towarzystwa Irwina.
– W porządku. Do widzenia. – Zakończyłam połączenie.
Schowałam telefon, unikając wzroku Ashtona. Wiedziałam, że podczas wkładania walizki do bagażnika złośliwy uśmiech nie znika z jego twarzy. Zdenerwowana zagryzałam wargi, aż w końcu chłopak zajął miejsce kierowcy, nie zwracając się do mnie ani słowem. Nie to, żebym liczyła na specjalne zaproszenie, ale jego ignorancja i pewność siebie wzmogły moje zirytowanie. Był przekonany, że teraz bez oporu udam się z nim do ośrodka i widocznie czerpał przyjemność z tego, że jest lepiej poinformowany ode mnie. W końcu niewątpliwie zauważył, że nie miałam pojęcia o jego obecności, a także działaniach związanych z moją osobą. Mnie samej nie podobała się ta jego przewaga.
Gdy tylko usiadłam, blondyn ruszył. Wyjechaliśmy z parkingu w milczeniu. Zapięłam pasy, po czym bezwiednie zaczęłam obracać pomiędzy palcami sznureczki od spoczywającego mi na kolanach plecaka. Czułam się nieswojo. Z kilku spojrzeń rzuconych w stronę Ashtona wywnioskowałam, że dla niego wszystko jest w jak najlepszym porządku. Na jego twarzy wciąż gościł zadowolony uśmiech, palce wybijały rytm lecącej w radiu piosenki, a spojrzenie prześlizgiwało się po drodze przed nami. Okolice były pełne zakrętów, a po chwili otoczył nas las. Z jednej strony nie miałam ochoty na rozmowę z chłopakiem, ale panująca między nami cisza przyprawiała mnie o dziwny niepokój. Utkwiłam wzrok za oknem, ale nie mogłam się powstrzymać od nerwowych ruchów. Gdy po raz trzeci sprawdziłam godzinę na telefonie, Irwin wydał z siebie ciche prychnięcie. Natychmiast odwróciłam się w jego stronę, oczekując zjadliwych komentarzy. Nic takiego jednak nie nastąpiło, jedynie uśmiech chłopaka jeszcze bardziej się poszerzył. Jego cicha pobłażliwość dla mojej osoby okazała się równie irytująca co głośne naśmiewanie się. W tamtej chwili doszłam do wniosku, że naprawdę go nie cierpię i jest to w pełni uzasadnione. Złośliwy wyraz twarzy Irwina zabiłby każdą odrobinę sympatii, która kiedykolwiek mogłaby się we mnie narodzić. Jego działania zawsze popychały mnie do zmiany mojego zachowania i wiedziałam, że zmiana ta nie jest korzystna. Stawałam się równie opryskliwa, co on, a to wcale mi się nie podobało.
Na widok rozciągających się przed nami świateł ośrodka poczułam ogromną ulgę i determinację, by dowiedzieć się, kto i dlaczego wpadł na genialny pomysł skazania mnie na spędzenie wakacji z Ashtonem Irwinem.


~..~..~


Dotarliśmy już do obozu i mam nadzieję, że podzielacie moje odczucia co do tego rozdziału - nie jest taki okropny, prawda? :D 
Przeprowadzam małe zmiany na blogu, więc mam kilka organizacyjnych pytań. Po pierwsze, zastanawiałam się nad założeniem aska, na którym moglibyście pytać o wszystkie sprawy związane z blogiem, w tym także kierować pytania do bohaterów. Mógłby on się przydać o tyle, że nie wiem, jak bardzo regularnie będą publikowane następne rozdziały - doszłam do momentu, w którym nie mam za wiele rzeczy stworzonych do przodu, a i czuję, że trudniej będzie mi się pisało. Jeśli ktoś byłby za, piszcie. 
Na samych początkach tego bloga o to pytałam, ale doszło kilka nowych osób, więc pod tym rozdziałem możecie wrzucić jakiś kontakt, o ile chcecie być informowani.
Jestem bardzo, bardzo otwarta na każdą inną sugestię!
Moc uścisków i całusów xx